..:: ELIXIR | Gry Fabularne(RPG) | Gry Komputerowe(cRPG) | Fantastyka | Forum | Twoje Menu Ustawienia
    ORBITAL MENU
    » Neuroshima
    » Świat
    » Bohater
    » Rozrywka
    POLECAMY

     SZUKAJ
    » Mapa serwisu
>NASZE STRONY
 MAIN
:: Strona Główna
:: Forum
:: Chat
:: Blogi

 GRY FABULARNE
:: Almanach RPG
:: Neuroshima
:: Hard HEX
:: Monastyr
:: Warhammer
:: Wampir
:: D&D
:: Cyberpunk2020
:: Earthdawn
:: Starwars
:: Arkona

 GRY cRPG
:: NWN
:: Baldurs Gate
:: Torment
:: Morrowind
:: Diablo

 FANTASTYKA
:: Literatura
:: Tolkien
:: Manga & Anime
:: Galeria

 PROJEKTY
:: Elcards
:: Chicago

Stary Kościół




Dla mojej najlepszej przyjaciółki Liranny z okazji dnia św. Mikołaja.

Łomotanie w drzwi wyrwało ją ze snu. Z przekleństwem na ustach zerwała się z posłania i złapawszy swój plecak skoczyła w stronę okna. Nie musiała się ubierać. Życie nauczyło ją, aby nigdy nie rozbierać się idąc spać w spelunie w takim Zabitodechowie jak to. Kładła już dłonie na framudze, kiedy drzwi z impetem wpadły do środka. Rzuciła okiem w ich stronę. Olbrzymi, łysy murzyn zbierał się właśnie do skoku w jej kierunku. W zniszczonych wojskowych spodniach i z gołym torsem wyglądał jak góra czarnego mięsa. Imponujące blizny pokrywające jego tors i ramiona dowodziły, że ból nie był mu obcy. Za nim natomiast stało co najmniej trzech innych.
- Puta! – warknęła tylko i szarpnęła za okno. Ani drgnęło. Szarpnęła jeszcze raz, ale nadal nie przyniosło to efektu. Nim zdołała pomyśleć, że muszą być zabite gwoźdźmi od zewnątrz, murzyn był już przy niej. Jednym ruchem złapał ją w pasie i szarpnął do tyłu. Od razu jej łokieć z całej siły trzasnął go w policzek. Zaraz potem drugi.
- Dziwka! – ryknął czarnoskóry i szarpnął ją mocniej. Jednym ruchem oderwał ją od ziemi i cisnął o ścianę. Uderzenie o stare drewno wyrwało jej powietrze z płuc. Trzej pozostali dopadli do niej od razu. Jeden – ospowaty blondyn – złapał za włosy i szarpnięciem podniósł z ziemi. Krzyknęła tylko z bólu i wściekłości, po czym zasadziła mężczyźnie sierpa. Napastnik zatoczył się do tyłu, wypluwając krew i resztki zębów. "Musiały być popsute, skoro tak szybko puściły" pomyślała. Kolejny facet, tym razem szczupły, długowłosy rudzielec złapał ją od tyłu, próbując unieruchomić. Noga kobiety wystrzeliła w górę, trafiając go w nos tuż nad jej ramieniem. Utrzymanie takiej sprawności wymagało od niej wiele wysiłku, ale w takich sytuacjach jak ta ratowało jej życie już kilka razy. Tym razem jednak szczęście ją opuściło. Trzeci z mniejszych gości – Latynos jak i ona sama – uchylił się przed ciosem i zasadził jej podbródkowego. Sam też nie był ułomkiem, ważąc z dobre dwieście funtów, więc od razu zobaczyła gwiazdy. Nim znikły, pięść murzyna trafiła ją w brzuch. Pod takim ciosem nawet drzewo by się zgięło. Kolejny spadł na jej plecy, rozciągając już w pełni na podłodze. Potem przyszły kopniaki. Jeden, drugi, trzeci...przestała liczyć. W pewnym momencie coś chrupnęło, ból wybuchł jasnym płomieniem, a ona sama zapadła w ciemność...

Przygarbiony, starszy mężczyzna o długiej, rzadkiej i siwej brodzie, oraz takich włosach szarpnął Latynoskę za włosy.
- Patrzcie wszyscy! – zakrzyknął do zebranego na ulicy motłochu – tak jak mówił Bill. Ta dziwka to mutant, nauce przeczący twór plugawy!
W świetle płonących ognisk bez trudu dało się widzieć niezwykły kształt uszu kobiety. Były podobne do ludzkich, jednak schodziły się ku górze do ostrego szpica, miast okrąglić jak u zwykłych ludzi. Mężczyźni, kobiety i dzieci z całej okolicy zaczęły krzyczeć, złorzeczyć na kobietę. Poklepywali po ramionach czterech mężczyzn, którzy ją złapali, Latynosowi zaś gratulowali dobrego oka. Sama złapana otworzyła oczy, kiedy siwobrody ponownie szarpnął ją za włosy. Zareagowała od razu i trzasnęła go w szczękę. Starzec nie spodziewał się tego i poleciał w tył. Latynoska się zerwała, jakby do biegu, uniosła też drugą rękę do ciosu na ewentualnego zawalidrogę. Mdły ból, jaki wypełzł z ramienia, zwalił ją z powrotem na ziemię. Kilka osób od razu do niej przypadło i ponownie posypały się kopnięcia. Kobieta zwinęła się, próbując ochronić brzuch i głowę. Ale nie była w stanie ruszyć prawą ręką. Była ona totalnie bezwładna.
- Nie zabijać tej kurwy! – wrzasnął siwowłosy, podniesiony przez dwie kobiety z ziemi – ta dziwka jest pewnie wierząca. Wszystkie one, antynaukowe mutanty, takie są. Usypiemy jej więc stos i wypalimy jak ranę trawiącą naszą oświeconą społeczność.
Latynoska usłyszawszy to, poczuła jak serce podchodzi jej do gardła. Co innego zginąć, zostać pobitym czy nawet zgwałconym. Ale spalonym żywcem? Ponownie spróbowała się podnieść, ale kopniak w głowę powalił ją z powrotem. Krew z rozbitego łuku brwiowego zaślepiła jej jedno oko, drugim jednak dostrzegła kopiącego. Był to może dziesięcioletni chłopiec z twarzą wykrzywioną okrucieństwem, a jednocześnie podobną do anioła z dawnych ksiąg. Rozejrzała się i dostrzegła, że pilnują ją tylko dzieci. Dorośli najwyraźniej zaczęli zbierać drwa na stos. Latynoska poczuła jak narasta w niej rozpacz. Tak ją skatowali, że nie miała nawet siły wyrwać się garstce smarkaczy! Łzy same popłynęły jej z oczu, szybko jednak je opanowała przywołując resztki dumy. Nie chciała, aby te świry się syciły jej strachem i cierpieniem.
Stos z gałęzi, mebli, trawy i innych łatwopalnych rzeczy usypano dość szybko. Był za mały, aby kogoś w pełni spopielić, ale przecież nie o to chodziło. Starzec podszedł do niej ponownie, bez kszty litości na pooranym zmarszczkami obliczu. Spojrzał na nią z góry z pogardą, po czym skinął głową zwalistemu murzynowi. Ten uśmiechnął się okrutnie, podrywając ją do góry za uszkodzoną rękę. Latynoska nie wytrzymała i wrzasnęła z bólu. Zebrani odpowiedzieli tylko pełnym zadowolenia rechotem, kiedy pół ciągnąc-pół niosąc czarny olbrzym zbliżał się w stronę stosu. Wtem jednak wszyscy usłyszeli głośne warknięcie silnika, które przetoczyło się nad nimi złowieszczo. Motłoch jak na komendę odwrócił się w stronę skąd doszedł dźwięk. Mniej niż dziesięć metrów od nich stał samotny motocyklista na olbrzymim choperze. Szarobura maszyna nosiła ślady ciężkiej eksploatacji, było widać wgniecenia i zadrapania, wrażenie robił jednak rozmiar. Nawet największe Harleye wyglądały przy tym potworze jak skuterki, a gigantyczny silnik wystający na boki musiał mieć o wiele więcej, niż zdawałoby się maksymalne 500cm^3. Podobne wrażenie robił sam mężczyzna siedzący na maszynie. Musiał mieć około sześciu stóp wzrostu, a szerokością barów przewyższał nawet murzyna trzymającego Latynoskę. U boku mężczyzny wisiał długi miecz, zaś na udzie po drugiej stronie miał kaburę z pistoletem. Razem z ciemną chustą na głowie i gęstym zarostem wokół ust, z brody wyprowadzonym na dwa warkoczyki, tworzyło to wygląd kogoś, z kim lepiej nie zadzierać.
- Co tu się kurwa dzieje? – spytał, kładąc prawice na biodrze, raptem parę centymetrów od kolby pistoletu.
- Mutanta zabijamy! – odparł starzec, patrząc na przybysza podejrzliwie – Co ci do tego?
- Skoro go zabijacie to czemu stoi wolny wśród was? – motocyklista odpowiedział z drwiną pytaniem na pytanie – i jeszcze jakąś kobietę trzyma, jak zakładniczkę.
Tłum popatrzył zdziwiony po sobie, czarnoskóry olbrzym warknął zaś wściekle i puścił Latynoskę. Od razu ruszył w stronę motocyklisty. Ten tylko uśmiechnął się wrednie, muskając palcami pistolet. Stal pokrywająca kostki na jego rękawicach błysnęła tylko w świetle ognisk. Siwobrody złapał swego ziomka za ramię, aby go zatrzymać.
- Odejdź nieznajomy – powiedział zwracając się do motocyklisty – zostaw mutanta, to nie twoja sprawa.
- Nie lubię jak ktoś się znęca nad kobietami – odpowiedział przekrzywiając głowę – nie ma ona ani czterech rąk ani skrzydeł.
- Ma uszy jak niewiadomo co! – wrzasnął siwobrody, a jeden z mężczyzn szarpnął Latynoskę za włosy. Szpiczaste zakończenie uszu stało się w pełni widoczne. Motocyklista przekrzywił głowę przyglądając się.
- Fajne – skomentował w końcu, czym wywołał pomruk oburzenia u zebranych – jak u elfki, albo volkanki.
- Cholerny mutko-lover – warknął murzyn zaciskając pięści. Spojrzenie przybysza stwardniało kiedy na nim spoczęło.
- Do ciebie miłości nie żywię – odpowiedział z wyraźnie wyczuwalną groźbą w głosie. Już dwa place zaczęły gładzić stalowo-czarną kolbę pistoletu.
- Ta rozmowa do niczego nie prowadzi – siwobrody uniósł ręce w geście rezygnacji – odejdź stąd dobry człowieku i pozwól nam zająć się swoimi sprawami.
- Nie jestem dobrym człowiekiem – obcy uśmiechnął się wrednie – i nie pozwolę wam zabić tej czarnowłosej. Idźcie w pizdu, a nie policzę wam tego jak ją zmaltretowaliście.
Powietrze gwałtownie zgęstniało pomiędzy motocyklistą a zbieraniną. Latynoska obserwowała to z ziemi, niepewna jak się wszystko rozegra. Jej oprawcy mieli miażdżącą przewagę liczebną, ale tylko u trzech dostrzegła broń palną. Jedna to był koślawy samopał, a dwa pozostałe pistolety wyglądały jakby eksponaty z dawnych wojen...wykopane kilka godzin temu. Pistolet na udzie motocyklisty lśnił zaś dobrym utrzymaniem, miecz u boku również nie wyglądał na okręcony srajtaśmą na jednym końcu kawałek blachy. Zauważyła również, że nie gasił silnika. Jednak jego największą zaletą była postawa. Stał tam, pewny swego i arogancki, jak rycerz w lśniącej zbroi na białym koniu. Jej rycerz...
Wtem staruch odwrócił się w stronę swych ziomków, wznosząc rękę w stronę motocyklisty.
- Bra...! – zakrzyknął, przerwał mu jednak odgłos wystrzału. Nos siwobrodego eksplodował krwią. Ci, co stali najbliżej, odskoczyli na boki. Starzec zakrzyczał z bólu, opadając na kolana. Wzniósł dłonie ku części twarzy, w której ziała teraz ponad centymetrowa, obficie krwawiąca dziura. Pozostali spojrzeli w stronę motocyklisty. Duży, stalowo-oksydowany pistolet w jego dłoni dymił jeszcze leniwie z lufy.
- Następnemu zrobię trzeci oczodół a nie dziurkę w nosie – przybysz nie podniósł głosu, ale w jego głosie dało się wyczuć śmiertelną groźbę. Właściciel jednego z pistoletów nie uwierzył i podniósł broń do strzału. Z kolejnym hukiem jego czaszka eksplodowała. Zawartość spadła na najbliższe osoby, a one odskoczyły przerażone.
- Uprzedzałem – skwitował mężczyzna, przenosząc broń na drugiego właściciela pistoletu. Ten tylko poddańczo uniósł ręce.
- Zostało ci góra pięć naboi – odpowiedział mu Bill z hardością w głoście – za mało na nas wszystkich.
Motocyklista wycelował bezpośrednio w niego.
- Na ciebie wystarczy na pewno – odrzekł wyszczerzając się – tak jak i na innych, co będą biec na przedzie.
Nadal nie podnosił głosu, mówił za to z pewnością i spokojem. Na zebranych robiło to jednak jeszcze większe wrażenie.
- Szkoda mi jednak amunicji na takie małe kutasy jak wy – zaczął ponownie po chwili przerwy, po czym spojrzał na Latynoskę – hej, dziewczyno, możesz wstać?
Kobieta, usłyszawszy po raz pierwszy od niego skierowane do niej słowa, poczuła napływ nowych sił. Zebrała się w sobie i podpierając zdrową ręką, usiadła. Mała dziewczynka zamierzyła się, aby ją kopnąć, od razu jednak usłyszała słowa motocyklisty.
- Nie radzę – i dostrzegła, że teraz śmiercionośna broń pewnie mierzy w nią. Matka od razu znalazła się obok i zgarnęła małą, pozostali rodzice również zajęli się swoimi pociechami. Nie wyglądało bowiem, aby ten potwór na motorze miał zamiar się zawahać przed zdmuchnięciem ich słoneczek. W efekcie nie niepokojona przez nikogo kobieta podniosła się na nogi.
- Dobrze – obcy kiwnął głową zadowolony – teraz weź swoje rzeczy i podejdź tu. Powoli i ostrożnie, nie wywróć się.
Ruszyła jak polecił, podnosząc swój stary plecak z ziemi. Ktoś z tych co ją złapali go tu przyniósł, pewnie na wypadek jakby nie znaleźli u niej jednak żadnej mutacji. Nieznajomy spojrzał zaś na zebranych i głos ponownie mu stwardniał.
- Wrzućcie broń do ognia – polecił. Dwaj pozostali posiadacze pistoletów oraz kobieta, która stała najbliżej pistoletu upuszczonego przez zabitego, spojrzeli na niego zdziwieni. Mężczyzna popędził ich ruchem lufy.
- Rozwalisz nas wtedy – sprzeciwił się murzyn. Broń od razu skierowała się na niego.
- Rozwalić to mogę was teraz – poprawił go motocyklista – ale jak mówiłem szkoda mi amunicji. Nie chce jednak żadnych kul lecących w moją stronę jak będę odjeżdżał. Więc albo je wsadzicie do ognia, albo jednak zmarnuję trochę amunicji.
Ostatnie słowa nieomal wywarczał przez zaciśnięte zęby. Mieszkańcy miasteczka poczuli zimny dreszcz strachu i pistolety wylądowały w najbliższych ogniskach. Latynoska w tym czasie podeszła do motocyklisty, walcząc z bólem i niemocą zmaltretowanego ciała.
- Załóż plecak za tylny uchwyt, wsiądź i złap się mocno – motocyklista wyszeptał do niej cały czas patrząc jednak na mieszkańców. Zrobiła jak polecił.
- Jeźdźcie na zatracenie, bezrozumni bożkowcy – krzyknął w ich stronę starzec, który już najwyraźniej doszedł trochę do siebie – opuśćcie naszą oświeconą ziemię, gdzie królują rozum i nauka. Wynoście się do swej krainy zabobonów i bożków!
Przybysz pokręcił tylko delikatnie głową.
- Debilizm i ateizm faktycznie różnią się tylko nazwą – to powiedziawszy schował pistolet do kabury i dodał gazu. Tylne koło motocykla zaboksowało mocno kiedy obracał motor o 180 stopni, jakby to była lekka motorynka, po czym maszyna wystrzeliła do przodu. Latynoska przywarła jeszcze mocniej do pleców mężczyzny, otaczając go w pasie zdrowym ramieniem. Jedyne na czym jej zależało obecnie, to nie stracić przytomności. Nie stracić przytomności. Nie stracić przyto...

Kiedy się ocknęła, nie wiedziała ile czasu minęło. Ręka nie promieniowała już tępym bólem, odkryła też, że jest unieruchomiona. Całe ciało miała obolałe, ale nie czuła nigdzie suchej lepkości zaschniętej krwi. Była spragniona i głodna, za to częściowo choć wypoczęta. Słyszała wyraźnie trzask płonącego drewna, ale pojedynczy, nie zaś wszechobecny jak w tamtym strasznym miejscu. Otworzyła ostrożnie oczy spodziewając się ostrego oślepienia od płomieni. Leżała jednak na szczęście plecami do ognia. Co więcej, ze zdziwieniem odkryła, że znajduje się w jakimś wysokim, dobrze zachowanym budynku. Usiadła z trudem. Ciało nie bolało za bardzo, ale nieprędko odzyska pełną sprawność.
- Witamy wśród żywych – usłyszała z drugiej strony ogniska. Kiedy spojrzała w tamtym kierunku, motocyklista kiwnął jej głową. Był nagi od pasa w górę, zrzucił też bantanę. Potężny tors znaczyło kilka blizn i pokaźny, choć prosto wykonany tatuaż. Kiedy przekręciła się w jego stronę, motocyklista wstał i podszedł bliżej, podając jej bukłak z aligatorzej skóry.
- Napij się – powiedział spokojnie – to woda.
- Poczekaj – odparla, wskazując zdrową ręką swój plecak – podaj mi go.
Nieznajomy uniósł w zdziwieniu brwi, ale spełnił polecenie. Latynoska szybko odwiązała troczki, którymi zastąpiła niedziałający zamek błyskawiczny i zaczęła wyjmować niewielkie zawiniątka. Odkładała je na bok, szukając jednak czegoś konkretnego.
- Gdzie ja to upchnęłam? – spytała samą siebie, nadal nie mogąc znaleźć tego co potrzeba. Mężczyzna kucnął obok i obserwował zaciekawiony jej poczynania. Kobieta rzuciła na niego okiem zastanawiając się ile w tym ciekawości a ile chłodnej ostrożności. Z tej odległości jakby wyjęła broń...mógłby jakoś zareagować. Tym bardziej, że jak zauważyła, w kaburze na udzie nadal spoczywał stalowo-czarny kij robiący "bum". Nie miała jednak zamiaru wyjmować broni, zresztą nawet jej nie miała. Zamiast tego jej dłoń trafiła na znajomy kształt.
- W końcu – rzekła, wyjmując ze środka małą buteleczkę z ciemnego, grubego szkła, zamkniętą szmatką okręconą rzemieniem. Odstawiła ją na bok, a z bocznej kieszonki wydobyła prosty, drewniany kubek. Motocyklista obserwował w milczeniu jak nalewa do niego wodę z bukłaka, po czym po odkorkowaniu buteleczki wydobywa z niej trochę żółtego proszku. Wsypała szybko zawartość, zamieszała palcem, po czym wypiła duszkiem zawartość.
- Ble – skrzywiła się po ostatnim łyku – co za paskudztwo.
Nieznajomy parsknął śmiechem i odpiął od pasa u spodni drewnianą, obciągniętą skórą okrągłą manierkę. Zdjął wielorazowy kapsel, pociągnął sporego łyka i wzdychając podał kobiecie.
- To pomoże – powiedział uśmiechając się. Latynoska wzięła naczynie i powąchała zawartość. Bez trudu zorientowała się, że to alkohol, jeszcze zanim poczuła specyficzny zapach. Sądziła więc, że wie czego się spodziewa, jednak kiedy płyn przepłynął przez jej gardło poczuła łzy napływające do oczu. Oddała szybko naczynie krztusząc się i próbując zaczerpnąć tchu. Motocyklista skwitował to szerokim uśmiechem pociągając kolejnego łyka.
- Co to jest do diabła? – spytała kobieta, kiedy już mogła wymówić cokolwiek.
- Wódka, pędzona w Crusader przez zaprzyjaźnionego kaznodzieję – padła odpowiedź, kiedy mężczyzna korkował naczynie – i na pewno nie jest diabelska. Ojczulek błogosławi składniki i maszynerię na całym etapie produkcji. Możesz to porównać z woda święconą, tyle że odpędza nie tylko demony, ale też zimno...czy jak w twoim przypadku zły posmak.
- Chyba wolałam tamten – odparła krzywiąc się, po czym uśmiechając krzywo, wyciągnęła do niego lewą ręke – nazywam się Bernadetta Torres.
- A ja, seniorita – odpowiedział ujmując jej dłoń w obie i z odrobinę przesadną szarmadzkością złożył pocałunek na jej dłoni – Krystian Tarnowski.
Zresztą, co Polak przyznał w duchu, może nie było w tym przesady. Bernadetta była bezsprzecznie piękną kobietą. Meksykanką nieomal na pewno, niską, zgrabną, mocno kobiecą w figurze, o długich, czarnych włosach, ciemnej karnacji i brązowych, głębokich oczach. Co więcej, skoro robiła takie wrażenie będąc posiniaczoną, pokiereszowaną i z potarganymi włosami, zastanawiał się jak bardzo by lśniła, gdyby była w pełni zdrowa.
Kobieta również go obserwowała, po raz pierwszy oceniając jako mężczyznę, nie zaś jako obrońcę. Naprawdę był niższy niż sądziła, z wzrostem poniżej sześciu stóp. Potężne ramiona były mocno nabite mięśniami i okręcone żyłami, choć Tarnowskiemu daleko było do wyglądu kulturysty sprzed wojny, na którym można było uczyć anatomii. Kolekcja wielu blizn różnorakiego autoramentu pokrywająca jego ciało – nie szczędząc twarzy – dowodziła dodatkowo, że prowadził też od nich o wiele niebezpieczniejsze życie. Tatuaż na jego brzuchu i torsie przedstawiał potężnie zbudowanego wojownika z toporem i w hełmie, walczącego nad brzegiem morza z olbrzymim wężem. Bernadetta podniosła spojrzenie wyżej, chcąc go o coś spytać, napotkała jednak uważne spojrzenie jego niebieskich oczu. Powietrze nagle zgęstniało między nimi, w zupełnie jednak inny sposób niż miało to miejsce w miasteczku. Nim jednak zdarzyło do czegokolwiek dojść, ognisko buchnęło mocniejszym płomieniem z mocnym sykiem niszcząc nastrój. Zupełnie jakby wyrwani spod wpływu uroku, tak mężczyzna jak i kobieta poczuli się nagle mocno zmieszani i zakłopotani. Polak obrócił się do ogniska i przekręcił stalowy ruszt na którym smażyło się mięso. Torres zajrzała zaś do swoich pakunków.
- Co to za mięso, bo drób z tego co widzę – spytała, chcąc odbiec myślami jak najdalej od krępującej sytuacji sprzed chwili.
- Z sępów – odpowiedział jej Krystian, dorzucając do ognia kilka parkietowych desek – jak tu jechałem to natknąłem się na grupkę tych skinów, posilających się na tym co zostało z jakiegoś dzieciaka. Te dwa były tak zajęte jedzeniem, że nie uciekły. Jest pożywne, ale trzeba je naprawdę mocno wysmażyć, aby stało się zdrowe. Niestety smakuje wtedy mniej więcej jak drewno.
- Posyp je tym – odparła podając mu jedno z zawiniątek – po szczypcie, co obrót. Nie będzie to kurczak, ale będzie smakować lepiej niż drewno.
Krystian uśmiechnął się lekko spoglądając na nią i zaczął posypywać mięso jakimś ciemnym proszkiem.
- W pozostałych pakuneczkach też masz zioła? – spytał. Meksykanka pokiwała głową.
- Mhm – potwierdziła – znam się na nich i tym do czego się przydają. Tak zwykle zarabiam na życie. Swoją drogą...
Mówiąc odsupłała inne zawiniątko i wydobyła z niego szczyptę innego proszku, który wrzuciła do ognia. Buchnęło jakby dorzuciła prochu, ale w powietrzu zawisł ciężki, przyjemny zapach. Tarnowski aż usiadł na tyłku zaskoczony.
- Co jest? – spytał szybko.
- Spokojnie – odparła rozbawiona – to tylko mieszanka odpędzająca złe duchy.
- Złe duchy? – Polak przeczesał dłonią swoje krótkie włosy – gdzie jak gdzie, ale tu nam one nie grożą.
Torres spojrzała na niego zdziwiona, on zaś wskazał dłonią dokoła. Kobieta rozejrzała się szybko i dopiero teraz zrozumiała gdzie się znajduje. Raptem trzy metry od niej zaczynały się schody prowadzące do szerokiego, kamiennego stołu, za którym ciemniało spore wgłębienie. Ognisko dawało dość światła, aby rozpoznać duży, drewniany krzyż z misternie rzeźbioną figurą zwyciężającego Zbawiciela. W drugą stronę ciągnęło się spore pomieszczenie, podparte kilkoma kolumienkami i zakończone wyrwami w ścianie w miejscu, gdzie zapewne były kiedyś drzwi. Ławy dla wiernych i inne sprzęty już dawno zostały pewnie rozkradzione, okien zaś pewnie nie było od wojny. Brakowało również połowy jednej bocznej ściany i przez nią głównie dostrzegła, że noc zapadła raptem przed chwilą. Nie była pewna, ale w tym marnym świetle miała wrażenie, że ze ścian obserwują ich spokojnie wizerunki różnych ludzi, zapewne świętych i aniołów.
- Trochę nieswojo się tu czuje – rzekła kończąc rozglądanie się. Krystian zaciekawił się od razu.
- Dlaczego?
- Jestem katoliczką – odpowiedziała po chwili wahania – a to jest miejsce mojej wiary, nie zaś noclegownia.
- To jest Dom Boży – poprawił ją Tarnowski – nie wierzę aby Wszechmogący miał za złe swoim dzieciom, że chronią się w nim przed nocą. Zresztą w starym kraju budowano kościoły aby chroniły wiernych, tak od niepogody, jak i najeźdźców czy upiorów.
- Również jesteś katolikiem? – zaciekawiła się usłyszawszy jego odpowiedź. Mężczyzna zasępił się na chwile.
- Chyba nie do końca – odpowiedział w końcu – mama wychowywała mnie na dobrego chrześcijanina, ojciec zaś na starowiercę.
Powiedziawszy to przesunął tylko, jakby z uczuciem, po głowicy miecza leżącego obok miejsca, w którym siedział.
- W efekcie wierzę zarówno w Najwyższego jak i w Peruna – wypowiedziawszy imię dawnego boga tylko wymownie wskazał swój tatuaż.
- To z waszej mitologii? – spytała przyglądając się ponownie scenie którą przedstawiała ozdoba. Ciemnowłosy pokiwał głową.
- Owszem. To Perun, bóg wojny, honoru i piorunów, walczący ze Żmijem, prastarym smokiem u zarania i końca dziejów.
Kobieta pokiwała głową, spodziewając się czegoś takiego. Wtem jednak przypomniała sobie o czymś i ponownie poczuła jak żołądek podchodzi jej do gardła ze strachu. Zmogła jednak to uczucie, wiedząc, że chwilowo i tak nic na nie nie zdoła poradzić. Wolała się jednak dowiedzieć na czym stoi. Odgarnęła więc włosy z lewego ucha, tak aby ukazało się w całej okazałości.
- Nie przeszkadza ci to? – spytała poważnie. Krystian podniósł wzrok na to co pokazała i wzruszył tylko ramionami.
- Jakby to było oznaką mutacji, to tak samo powinien być szeroki kinol murzyna czy oczy japońca, że o własnych barach nie wspomnę – odpowiedział – taki z ciebie mutant jak ze mnie islamista.
Uśmiechnęła się zadowolona i trochę uspokojona. Polak wrócił zaś do doglądania mięsa. Milczeli przez chwilę, kiedy nagle Krystian sięgnął po swój pistolet. Kobieta zesztywniała ponownie, on jednak jedynie wysunął z broni magazynek. Szybko usunął kulę z komory i zapakował ją z powrotem do magazynka, który następnie uzupełnił do pełna dodatkowymi nabojami wyjętymi z juków motocykla. Maszyna stała niedaleko od nich, niczym wierny wierzchowiec w czasie obozowiska.
- Masz ciekawe wyposażenie – skomentowała Torres, obserwując jak zaczyna rozkładać pistolet i czyścić go czystą szmatką – nigdy nie widziałam ani takiego motocykla ani pistoletu.
- A miecz? – zaciekawił się Polak. Meksykanka pokręciła głową.
- Też nie – odparła – widywałam różne, zwykle jednak nie miały takiej kuli na końcu trzonka, a to przy ostrzu było okrągłe.
- Katana – Tarnowski pokiwał głową – japońskie miecze, zaskakująco popularne w tym kraju.
- Używałeś ich kiedyś? – Meksykanka rozsiadła się wygodniej, wspierając na zdrowej ręce.
- Perunie uchowaj – mężczyzna skomentował rozbawiony – ale złamałem raz jednego.
- Złamałeś? – jej brązowe oczy rozszerzył się ze zdziwienia – Facet z którym kiedyś byłam mówił, że nie da się ich złamać.
- Każdy miecz można złamać, jeśli tylko nie jest wykonany z tytanu – Krystian pokręcił głową odpowiadając – co prawda jak ktoś robił katanę "po naszemu" to była wytrzymała jak zwykły miecz. Jednak ten, który złamałem, był kuty według oryginalnych samurajskich metod. A takie miecze złamać to nawet w rękach można.
- A twój jak jest robiony? – spytała. Mężczyzna odłożył pistolet i sięgnął po rękojeść miecza. Stal zadzwoniła o stal kiedy wysuwał ostrze z dobrze dopasowanej pochwy i przeszło trzy stopowa broń zabłysła ognistymi refleksami.
- To ostrze zostało trzy razy przekute, zahartowane i odpuszczone w oleju, nie w wodzie – zatoczył klingą leniwy ruch nad głową i złożywszy broń na ręce podał w stronę kobiety rękojeścią do przodu. Kobieta ujęła broń, przysuwając się bliżej. Miecz ciążył w dłoni, ważąc na pewno ponad trzy funty. Poprawiła chwyt tak, aby trzymać jak najbliżej gardy i ze zdziwieniem odkryła, że miecz ciąży jej mniej niż by sądziła. Polak zaś kontynuował.
- Jest wyważony na trzy cale od jelca, to znaczy tej poprzeczki, a siedmio calowy trzonek sprawia, że swobodnie można nim władać obiema rękami. Zdarzyło mi się rozpłatać nim człowieka od barku po krocze.
Torres słuchała go uważnie przyglądając się brzeszczotowi. Było na nim widać rysy i wgniecenia, których nie zdołało usunąć ponowne ostrzenie, mimo że krawędzie wyprowadzono tak biegle, że zapewne mogłaby ogolić nim sobie nogi. W nikłym świetle dostrzegła jednak na ostrzu jakieś znaki, wyryte w metalu.
- Czy one coś zaczął? – spytała nie mogąc rozpoznać symboli. Tarnowski uśmiechnął się szeroko.
- Te z tej strony na którą teraz patrzysz to prośby o siłę i ochronę do słowiańskich bogów. Po drugiej stronie zaś masz modlitwę "Aniele Boży". I jedno i drugie zapisane alfabetem słowiańskim – wyjaśnił od razu, choć tego się już domyśliła. Oglądała jeszcze chwilę, po czym oddała mu broń. Mężczyzna odebrał ją od niej i schował szybko do pochwy.
- A co z tobą? – zaciekawił się, siadając i wracając do czyszczenia pistoletu – podróżujesz bez broni?
- Miałam kiedyś dwa pistolety, ale straciłam je. Jeden mi ukradziono, a drugi niemalże wybuchł mi w rękach – wyjaśniła – Jak wkraczałam do tamtego miasteczka miałam jeszcze nóż, ale obecnie nie mogę go znaleźć. Zapewne mi go podpieprzyli.
- Wredne małe kutasy – mruknął Krystian. Poskładał z wprawą swój pistolet, nie ładował go jednak. – Skoro mówisz, że jeden z twoich pistoletów wybuchł to znaczy, że albo niewłaściwie go konserwowałaś, albo że miałaś jakieś nowe, pewnie niemieckie gówno. Jeśli chcesz, jak będziemy mieli kiedyś okazję to poszukam ci odpowiedniego gnata i pokażę jak skurwiela rozebrać, wyczyścić i złożyć. Wtedy spokojnie będziesz mogła używać.
- Już planujesz gdzie mnie zabierzesz? – zapytała uśmiechając się, ale jej spojrzenie gwałtownie stwardniało. Nie uszło to jego uwadze. Uniósł ręce w obronnym geście.
- Na siłę cię nigdzie ciągnął nie będę – odpowiedział – ale składam ofertę. Nie masz środka lokomocji, broni i jesteś mocno pokiereszowana. Masz wybite ramię, a to wyłącza cię z gry na co najmniej dwa tygodnie. Jeśli chcesz to jutro się zapakuję i zostawię cię tu w spokoju i możesz radzić sobie sama.
- W porządku – pokręciła głową uśmiechając się – po prostu nie wiem nawet kim jesteś, poza nazwiskiem i tym, że zabijasz ludzi.
- Lub ich ratuję – dorzucił.
- Fakt – odparła czując się lekko skarcona – przepraszam i dziękuję.
Polak kiwnął głową, uspokoiwszy się już zupełnie.
- W porządku – powiedział po chwili – tak się składa, że jestem sędzią, lub kimś na wzór. Jak się dowiem, że ktoś gdzieś przegiął to zaczynam go ścigać. Zwykle utrzymuję się z tego co przy nim potem znajdę, ale jeśli ktoś jest skłonny zapłacić za głowę zbrodniarza, to też nie pogardzę.
- Ścigasz kogoś obecnie? – spytała po chwili milczenia, kiedy mężczyzna zdejmował ruszt z ognia. Mocno opieczone mięso dymiło intensywnie, ale przyjemnie. Jednak musiało wystygnąć znacznie, jako że nie mieli żadnych naczyń.
- Todda O'Damę – Krystian odpowiedział po zastanowieniu – to przywódca jednego z odłamów Camino Real, którzy opuścili Detroit. Kwartał temu wjechali do miasteczka Nazaret przy północnej granicy Teksasu. Kiedy wyjeżdżali, nie było już nikogo żywego. Problem polegał na tym, że mieszkała tam młodsza córka jednego generała z NY. Gość zdołał ustalić, kto i zacz się dopuścił tej zbrodni, ale służba nie pozwala mu wyruszyć w pościg. Oferuje więc sporą nagrodę za głowę Todda i jaja pozostałych Camino.
- Czemu więc jesteś skłonny siedzieć tu ze mną, a nie wyruszyć od razu z rana? – spytała, lecz tym razem w jej słowach nie było drugiego dna. Po prostu była ciekawa.
- Bo zgubiłem ich ślad – Tarnowski westchnął ciężko, odrywając nóżkę sępa i zaczynając ją odmuchiwać, aby szybciej wystygła – umówiłem się tu z bratem, za osiem do szesnastu dni. On potrafiłby wytropić rybę w wodzie. Jak tylko da mi kierunek to będę mógł ruszyć.
Powiedziawszy odgryzł kawałek sępiny. Żuł przez moment bez przekonania, kiedy jednak w pełni poczuł smak pokiwał z uznaniem głową.
- Naprawdę niezłe.
Bernadetta uśmiechnęła się zadowolona z pochwały...

Obudził się nagle, wyczuwając ruch. Otworzył oczy i rozejrzał się uważnie, próbując odkryć o co chodzi. Na zewnątrz szalała burza. Ciężka ulewa bębniła o dach tak mocno, że patrząc na wyrwę w ścianie miało się wrażenie jakby stało się za wodospadem. Przebywali tu już od przeszło tygodnia. Bernadetta pomału wracała do zdrowia, sińce w większości poschodziły, ręki nie trzeba zaś było unieruchamiać. Czas jednak im się nie dłużył, oboje odkryli bowiem interesującego kompana do rozmów. Początkowo rozmawiali o sprawach codziennych i przydatnych, szybko jednak zakres rozmów się im poszerzył. Zaczęły się historie i wspomnienia, przypowiastki, w końcu zainteresowania i marzenia. Kiedy dwoje ludzi życzliwie do siebie nastawionych przebywa w jednym miejscu całymi dniami, tego typu rzeczy następowały same. Od pierwszej nocy sypiali również ze sobą. Nie było jednak w tym nic z erotyzmu, po prostu zwykła praktyczność. W środku nocy temperatura spadła poniżej zera, a Torres była mocno osłabiona...mieli również tylko jeden komplet koców.
Kiedy nad starym kościołem przetoczył się kolejny grom, kobieta obok niego silnie zadrżała. Dopiero wtedy Polak uświadomił sobie, że to jej drżenie go obudziło. Spojrzał na nią zaniepokojony, w czerwonym blasku ogniska nie widział ostatecznie niczego niepokojącego. Położył jej dłoń na czole, było ono jednak w normie. Nie mając innego pomysłu poruszył lekko ramieniem kobiety. Meksykanka obudziła się od razu. Spojrzała na mężczyznę.
- Coś się st... – zaczęła zaspanym głosem, kiedy nagle piorun oświetlił wszystko białym błyskiem i cała budowla zdawała się zatrząść od grzmotu. Bernadetta krzyknęła przestraszona wtulając się w pierś Tarnowskiego. Spojrzał na nią zaskoczony, nie rozumiejąc o co chodzi. Dopiero kiedy skojarzył jej zachowanie z tym co dzieje się dzieje zrozumiał, że Torres musiała bać się burzy! Dla niego od dziecka były one powodem do radości, oznaką, że Perun czuwał nad światem, ale dla kogoś kto nie patrzył na ten żywioł w ten sposób... Krystian szybko zrozumiał, dlaczego może ona być przerażająca.
- Spokojnie – wyszeptał jej do ucha obejmując ją i przytulając mocno. Tak delikatnie jak tylko potrafił pogłaskał kobietę po głowie. Nie podniosła spojrzenia wtuliła się tylko mocniej. Krystian spojrzał jeszcze przez otwór w ścianie za którym widać było ulewę i nic nie mówiąc skupił się w pełni na swojej nowej przyjaciółce.

Trzy dni później pod ruiny kościoła podjechał wyblakło niebieski, poobijany Dodge Ram. Jego kierowca, wysoki, muskularny mężczyzna o gładko ogolonej głowie i krótkim zaroście wokół ust poprawił okulary na nosie kiedy wysiadał. W kaburze pod pachą połyskiwał mu srebrno-czarny pistolet, w dłoni trzymał zaś smoliście czarną katane w pochwie. Wkroczył ostrożnie do świętego przybytku, przyklękając przy drzwiach na jedno kolano i przeżegnując się. Krystian z uśmiechem na ustach ruszył mu na spotkanie. Meksykanka również wstała kroczyła jednak wolniej nie chcąc przeszkadzać braciom w powitaniu. Mężczyźni uścisnęli sobie prawice.
- Dobrze cię widzieć braciszku – powiedział nowoprzybyły, uśmiechając się – kogo to ze sobą zakwaterowałeś?
- Marek, to moja nowa przyjaciółka Bernadetta Torres – powiedział odsuwając się na bok – Bernadetto, to mój brat Marek.
- Ten tropiciel? – zaciekawiła się podając krótkowłosemu dłoń. Nowoprzybyły uścisną jej dłoń kiwając lekko głową.
- Widzę, że o mnie rozmawialiście – rzucił do obojga patrząc to na jedno. to na drugie.
- Ano, złożyło się – Krystian kiwną głową, ale szybko spoważniał – co ustaliłeś?
- O'Dama udał się ze swoimi przydupasami na północny zachód z Elvis – odpowiedział mu brat, wyjmując z kieszeni dżinsów kilkukrotnie złożoną mapę – stamtąd będziesz musiał ustalić konkretnie gdzie się udał. Zaznaczyłem ci kierunki i miejsca do jakich mogli się udać.
- W porządku – młodszy z mężczyzn wziął mapę kiwając głową – dzięki.
- Zaraz, nie jedziesz z nim? – Torres spytała zdziwiona. Marek westchnął opierając katanę na ramieniu.
- Żona łeb by mi urwała, jakbym znowu właził w paszcze lwa – odpowiedział uśmiechając się kwaśno.
- A jeśli coś się Krystianowi stanie? – Meksykanka zdziwiona wodziła oczami to od jednego do drugiego. Młodszy Polak parsknął.
- Wtedy dostanie pozwolenie aby pojechać i mnie uwolnić – odrzekł opierając się o motocykl – a jego żona urwie łeb mnie.
Powiedział to tak poważnym tonem, że Bernadetta nie zdołała powstrzymać uśmiechu. Krystian zaś rozłożył mapę i rzucił na nią okiem.
- No dobra – stwierdził po chwili – czas się zbierać. Marek, uzupełnisz mi paliwo?
- Jasne, niedawno zdobyłem trochę na Los Diablos – odpowiedział mu tropiciel – wyprowadź tą swoją samoróbkę, bo nie godzi się samochodem wjeżdżać do świątyni.
- Dobra, zaraz tam podjadę – to rzekłszy, Krystian wziął się za składanie obozowiska. Torres od razu kucnęła obok niego i również poczęła zbierać swoje rzeczy.
- Również się stąd wynosisz? – spytał Polak widząc jej poczynania.
- Jadę z tobą – odpowiedziała mu robiąc swoje – przyda ci się jakiś towarzysz podróży.
Krystian uśmiechnął się lekko, po czym położył jej dłoń na ramieniu i kiwnął głową.
- W porządku – powiedział – chodźmy w takim razie zobaczyć czy Marek nie ma jakiejś zbędnej spluwy. Przyda ci się.
Kobieta również kiwnęła głową, kładąc na moment swoją dłoń na jego. Ich spojrzenia spotkały się na moment w pewien szczególny sposób. "Nie ma co" pomyślała kobieta, uśmiechając się "ta podróż powinna być ciekawa"...


Wierzbowski.
komentarz[8] |

Komentarze do "Stary Kościół"



Musisz być zalogowany aby móc oceniać.
© 2000-2007 Elixir. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Designed by Corwin Visual
Engine by Khazis Khull based on jPortal
Polecamy: przeglądarke Firefox. wlepa.pl

Wykryto nieautoryzowany dostęp!!!

   PATRONUJEMY

   WSPÓŁPRACA

   Sonda
   Czy interesują cię raporty z sesji NS?
Tak!
Nie.
A co to?
Musisz być zalogowany aby móc głosować.

   Top 10
   Pasożyty
   Hibernatus (....
   Yakuza
   FATEout
   Legia Cudzozi...
   Pistolet Maka...
   Łowca - dzień...
   Neuroshimowe ...
   Śpiąca Królew...
   Bo kto umarł,...

   Statystyki
userzy w serwisie:
gości w serwisie: 0

   ShoutBox
Strona wygenerowana w 0.031209 sek. pg: