..:: ELIXIR | Gry Fabularne(RPG) | Gry Komputerowe(cRPG) | Fantastyka | Forum | Twoje Menu Ustawienia
    ORBITAL MENU
    » Neuroshima
    » Świat
    » Bohater
    » Rozrywka
    POLECAMY

     SZUKAJ
    » Mapa serwisu
>NASZE STRONY
 MAIN
:: Strona Główna
:: Forum
:: Chat
:: Blogi

 GRY FABULARNE
:: Almanach RPG
:: Neuroshima
:: Hard HEX
:: Monastyr
:: Warhammer
:: Wampir
:: D&D
:: Cyberpunk2020
:: Earthdawn
:: Starwars
:: Arkona

 GRY cRPG
:: NWN
:: Baldurs Gate
:: Torment
:: Morrowind
:: Diablo

 FANTASTYKA
:: Literatura
:: Tolkien
:: Manga & Anime
:: Galeria

 PROJEKTY
:: Elcards
:: Chicago

Tornado V4 – reportaż z pola antybitwy



Ciężko mi się pisze relację z tegorocznej, czwartej już edycji Tornada. Dość powiedzieć, ze uważam Tornado za jeden z najlepszych konów na jakich dane mi było spędzać czas w gronie znajomych i wśród ludzi dopiero co poznanych. Już „trójka” pozostawiła mi naprawdę wiele wspomnień, bez wyjątku miłych. Wspaniała atmosfera, ludzie, program i wszystko co składało się na świetny konwent, było wtedy obecne w Czyżowicach, podczas trwania Tornada 2005.

Dlatego też poprzeczka postawiona przed organizatorami tegorocznej edycji Antykonwentu została umieszczona naprawdę wysoko. Sam miałem wątpliwości, czy będzie równie dobrze co poprzednio, zwłaszcza że kontrowersje związane z organizacją terenówki (największej, jakby nie było, atrakcji każdego Tornada) jak również decyzja o skróceniu czasu trwania konwentu o dwa dni (ucięto po jednym dniu z terenówki i części programowej) sprawiły, że nieco zwątpiłem. Ale postanowiłem sobie, że nie ma co kręcić nosem i marudzić na zapas, tylko po prostu trzeba przyjechać. I co tu dużo mówić – tak uczyniłem.

***

Przybyłem wraz z resztą ekipy z Elixiru prosto z warszawskiej Avangardy. Niemal ucałowałem ziemię śląską, bo w stolicy zabawa była marna. Do Warszawy na konwent więcej nie pojadę. Przywitała mnie nieco zmieniona lokalizacja obozu – cały konwent został przeniesiony na zbocze górki, które choć strome nie było, dosyć komplikowało poruszanie się dookoła. Niekoniecznie w stanie wskazującym. Człowiek albo pędził w dół, uważając, żeby nie zabić się o namiotowe linki, albo paręnaście razy na dzień piął się mozolnie pod górkę, do namiotu po byle drobiazg. Nie miałem jednak czasu aby zacząć marudzić na dobre, bo od razu pojawili się starzy znajomi i przyjaciele, z którymi tyle przecież się nabiegało po lasach i na piwo (i aryjską pizzę) rok temu. Było wielu „weteranów”, pojawiło się sporo nowych twarzy, ale brakowało kilku ludzi, których obecność wydawała się pewna. Złożyło się na to parę czynników – przejście terenówki na mechanikę asg, co odrzuciło od niej wiele osób, którym nie tyle nie pasowała ogólna formuła, o której dalej, a brak odpowiedniego sprzętu. A że terenówka stanowiła „większą połowę” czasu trwania Antykonwentu, to rezygnując z niej od razu spisywali na straty resztę Tornada. Również termin, w którym odbył się konwent nie sprzyjał planom pewnego grona ludzi, dalej zwanego maturzystami. Odbiór wyników egzaminu dojrzałości i składanie podań na uczelnie dla wielu okazały się czynnikiem uniemożliwiającym pobyt na Tornadzie. Choć byli i tacy, którym się udało i nie narzekali.

Mimo to, o wielkości Tornada, nadal stanowi czynnik ludzi. Bo dla ludzi się na konwenty jeździ. A już dla takich, jakich można spotkać każdego lata w Czyżowicach warto przybyć choćby i drugiego końca Polski. I wiecie co? Ludzie przybywali.

Klimat i atmosfera były wspaniałe, choć czasem pojawiały się akcenty cokolwiek Mroczne i odrobinę Ziomalskie, głównie za sprawą ludzi, którzy nie do końca załapali ossochozzi na Tornadzie. Na szczęście zdarzało się to sporadycznie, a koniec końców i tak mieliśmy wszyscy z tego niezły ubaw. Dość powiedzieć, że chyba jedyna fotografia zbiorowa jaką udało się wykonać na Tornadzie, przedstawiała jednego z takich gagatków który przeholował z piwkiem i zalegał przy stole, mając za plecami dobrze ponad połowę antykonwentowiczów, którzy pragnęli by uwiecznić ich na fotografii z tak znamienitym przykładem człowieka, który pomylił konwenty. Lepsze, niż fotka z Myszką Miki w Disneylandzie. Wszak, jak to ktoś celnie stwierdził – I Ciebie Może Ogarnąć Mrok. Trzymając się jeszcze tematu spożywania alkoholu – akcja „Yes Yes Yes 4 alc” po raz kolejny dowiodła, że wystarczy ludziom dać wolny wybór i kredyt zaufania, a ci spłacą go z nawiązką. Żadnych burd, demolek i niesnasek w stanie odmiennym nie było. No bo niby czemu miałyby być? Alkohol pili ludzie dorośli, odpowiedzialni za siebie i pragnący wspólnie się bawić, co tworzyło wspaniałą atmosferę. Bez względu na to czy pijący, czy niepijący, wszyscy świetnie się bawili. Wspólnie. Z dziennikarskiego obowiązku wspomnę, że na tegorocznym Tornado spożyto 600 litrów piwa beczkowego, 120 Eliksiru, 30 litrów Płonącego Winopodobnego Dezyderatu Kleja, 10 litrów niedrogiego wina Beczkowego Gorzkiego i nieokreśloną liczbę kontrabandy, czyli piwa kupnego puszkowego. Nikt nie zginął. Nikt się nie skarżył. Jedynie kac czasem męczył. I to naprawdę wszystko.

Trzeba Wam wiedzieć, że i na kaca na Tornadzie znajdzie się rada. Pobudka z rana i do lasu, na terenówkę. Parę kilometrów z bronią, w umundurowaniu i człowiek jest jak nowo narodzony. Gorąc był niemiłosierny, ale nie przeszkadzało to kilkudziesięciu osobom podzielonym na kilka frakcji walczyć, ginąć i zawiązywać sojuszy, lub organizować spiski. Od rana do wieczora, teren antykonwentu był wielką areną zmagań graczy.

Przed terenówką marudzono, dyskutowano i narzekano ile wlezie. Yendrek i Kleju robili co mogli, by wszystkie uwagi uwzględnić i wdrożyć w życie. Kiedy terenówka skończyła się, a wszyscy nieco ochłonęli po wrażeniach dni minionych i zabrali się za omawianie jej przebiegu, rozpętała się kolejna burza. Wniosek był jeden – ciągle nie jest to terenówka o jakiej marzyliśmy. Rok temu narzekano, w tym roku narzekano i narzekać pewnie już zawsze się będzie. Ci, którzy o tym czytają, niech nie myślą sobie, że gra terenowa co roku zalicza klapę. Po prostu jak każda wielka rzecz, budzi wiele kontrowersji – bo gadanie gadaniem, ale przemierzając Czyżowickie lasy, walcząc o przetrwanie i realizując swoje cele, każdy bez wyjątku dawał się ponieść jedynemu w swoim rodzaju klimatowi. Czuć było radiację utrzymującą się dookoła. Była radość, smutek, strach i euforia. Były bitwy wygrane i przegrane, zasadzki, batalie, podchody, negocjacje z bronią w ręku. Wszystko co sprawiało, że serce biło szybciej, a człowiek na trzy dni stawał się kimś innym. Żołnierzem posterunku, bezwzględnym mutantem, przebiegłym mafiosem, lub jednym z nieustraszonych stalkerów.

To trzeba przeżyć. Po prostu.

Ogólna organizacja konwentu wypadła wyśmienicie. Darcy i Kuglarz to najbardziej obrotni orgowie jakich dane mi było widzieć. Wszystko grało, nic nie szwankowało, ludzie bawili się świetnie i nic im w tym nie wadziło. To dzięki takim osobom na Tornadzie panuje ta wspaniała, serdeczna atmosfera. Bo konwent organizuje się ramię w ramię z jego gośćmi, nie chowając się po ‘org roomach’, tylko przebywając wśród ludzi. Chwała im za to. Czuliśmy wszyscy, że jest ktoś, kto nad tym całym zamieszaniem czuwa, jednocześnie robiąc to w sposób naturalny i swobodny, przyjazny dla nas wszystkich. Program, mimo że dosyć skromny, skutecznie pozwalał spędzać czas nie obawiając się o nudę. Prelekcje, konkursy, panele dyskusyjne, a wszystko ciekawe i z polotem. Nawet jeśli jakimś cudem nie znalazło się czegoś dla siebie, czas umilały spontaniczne panele dyskusyjne (wielkie słowo dla przyjacielskich pogadanek przy piwie, ot co), pokazy filmów na Kuglarzowym kompie, wieczne party w okolicach RollBaru i wycieczki do pobliskiej Pizzeri, w której śmiałkowie mierzyli się z jednym z większych wyzwań Tornada – wielką, pyszną, obrzydliwie tanią pizzą. Jeśli zaś nie traktowałeś jedzenia jako wyzwania, lub też po prostu nie potrafisz zjeść na raz dwa razy tyle co ważysz, zostawała ci wyżerka w sąsiadującym z nami Pikniku Country. Świetna domowa kuchnia (ach te „kule szefa” – bez skojarzeń, zwykłe leczo z klopsikami...), zimne piwko i ogromna, zacieniona altana, na którą w najgorętszych momentach dnia przenosiliśmy się z całym konwentowym kramem. Wszędzie było blisko – do piwa, jedzenia, lasu, namiotów. Lokalizacja Tornada to wielki plus.

Gdyby tylko nie było wszędzie pod górkę...

***

To było drugie Tornado, na którym miałem okazję być. A wiadomo, że druga wizyta nigdy nie będzie taka sama jak ten pierwszy raz. Pierwszy raz był faktycznie czymś niesamowitym i jedynym w swoim rodzaju. Pierwsze zetknięcie z niesamowitym klimatem zapada w pamięć. Ale mimo, że dla mnie osobiście, obie edycje różniły się diametralnie, jedno jest pewne. Obie były wspaniałe, choć z zupełnie innych powodów. I to jest właśnie piękne, bo jadąc za rok, nie będę już przykładał do Tornada żadnej miarki. I tak będzie świetnie. Inaczej. Lepiej, gorzej? Nieistotne. Tornado to ludzie, ci którzy je tworzą i ci którzy je odwiedzają. I dopóki jak co roku, będzie okazja spotkać starych przyjaciół oraz poznać wszystkich tych, którzy dopiero będą zaczynać swoją przygodę z Antykonwentem, dopóty zawszę będę tu wracał z przyjaciółmi. I zachęcam Was wszystkich, którzy czytają moje słowa – przyjedźcie też.

Spotkajmy się razem na najlepszym z konwentów.


The_Ezekiel.
komentarz[16] |

Komentarze do "Tornado V4 – reportaż z pola antybitwy"



Musisz być zalogowany aby móc oceniać.
© 2000-2007 Elixir. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Designed by Corwin Visual
Engine by Khazis Khull based on jPortal
Polecamy: przeglądarke Firefox. wlepa.pl

Wykryto nieautoryzowany dostęp!!!

   PATRONUJEMY

   WSPÓŁPRACA

   Sonda
   Czy interesują cię raporty z sesji NS?
Tak!
Nie.
A co to?
Musisz być zalogowany aby móc głosować.

   Top 10
   Pasożyty
   Hibernatus (....
   Yakuza
   FATEout
   Legia Cudzozi...
   Pistolet Maka...
   Łowca - dzień...
   Neuroshimowe ...
   Śpiąca Królew...
   Bo kto umarł,...

   Statystyki
userzy w serwisie:
gości w serwisie: 0

   ShoutBox
Strona wygenerowana w 0.018893 sek. pg: