..:: ELIXIR | Gry Fabularne(RPG) | Gry Komputerowe(cRPG) | Fantastyka | Forum | Twoje Menu Ustawienia
    ORBITAL MENU
    » Neuroshima
    » Świat
    » Bohater
    » Rozrywka
    POLECAMY

     SZUKAJ
    » Mapa serwisu
>NASZE STRONY
 MAIN
:: Strona Główna
:: Forum
:: Chat
:: Blogi

 GRY FABULARNE
:: Almanach RPG
:: Neuroshima
:: Hard HEX
:: Monastyr
:: Warhammer
:: Wampir
:: D&D
:: Cyberpunk2020
:: Earthdawn
:: Starwars
:: Arkona

 GRY cRPG
:: NWN
:: Baldurs Gate
:: Torment
:: Morrowind
:: Diablo

 FANTASTYKA
:: Literatura
:: Tolkien
:: Manga & Anime
:: Galeria

 PROJEKTY
:: Elcards
:: Chicago

Szwadron Śmierdzi



Major zgasił cygaro i wyszedł na plac apelowy. W sumie z przedwojennym placem apelowym, ten wiele wspólnego nie miał. Człowiek naprawdę szczery powiedziałby, że tylko nazwę. Major jednak uznał to miejsce za stosowne do prowadzenia odpraw przed zadaniami i organizowania zbiórek. Teraz właśnie zamierzał takową zorganizować i przedstawić swojemu oddziałowi wytyczne kolejnego zadania.

-Żołnierze! Dzisiaj odpuszczę sobie cały oficjalny porządek apelu i musztrę. Wiem, że jesteście wykończeni po wielogodzinnej pracy, ale inaczej nie może być. To jest pierdolona armia, którą próbujemy przywrócić do stanu sprzed pierdolonej wojny! Otrzymałem wytyczne kolejnej misji. Naszym zadaniem jest stawić się w miejscowości Rightway, niedaleko Nowego Yorku. Jest tam podobnież dość duży ratusz, który główne dowództwo zamierza zmienić w kolejny posterunek. Sami wiecie jak trudno w dzisiejszych czasach o porządny budynek – major spojrzał z przerażeniem na swoją kwaterę i kolejną deskę w dachy wpadającą do wewnątrz – A poza tym w tamtych okolicach nie mamy jeszcze wystarczająco dużych wpływów. Jako że po wojnie wszyscy mieszkańcy Rightway zginęli i nie zamierzają nam dalej towarzyszyć w naprawianiu pierdolonego świata, nie znalazł się też nikt kto by ten cały ratusz rozminował. To zaszczytne zadanie zostało oczywiście przydzielone nam. W rozkazie kazano nam rozminować ratusz, więc rozminujemy ratusz i tylko ratusz – omijamy wszelkie pola minowe w nienaruszonym stanie, o ile nie wjedziemy na żadne z nich przypadkiem. Ruszamy za trzy godziny. Wypocznijcie, zbierzcie sprzęt i przygotujcie się do długiej, mozolnej drogi. Nasze Rightway jest cholernie daleko. – po skończeniu przemowy major powtórzył ją po raz drugi, gdyż jego żołnierze byli faktycznie wykończeni, a ich mózgi jak widać nie wyłapywały większość bodźców zewnętrznych.

Oddział wyruszył punktualnie. Major Wreight niewątpliwie należał do szczęśliwców. Udało mu się bowiem spotkać kogoś tak głupiego, że dał sobie w dzisiejszych czasach zarekwirować cokolwiek. I to nie byle co – major zdobył dla swojego oddziału sprawną ciężarówkę z dość dużym zapasem benzyny (że też nikt jej do tej pory nie wykorzystał jako środek łatwopalny). Za kierownicą siedział oczywiście Forward. Był w miarę normalny jak na kogoś, kto kocha ciężką muzykę, a przez całe życie słyszał może cztery różne piosenki. Poza umiejętnościami kierowania wszystkiego co normalnie by nie ruszyło, Forward znał się troszkę na mechanice – gdy coś składał zawsze działało, a zostawały mu jeszcze części zamienne, które wykorzystano w pierwowzorze. Drugie miejsce z przodu, obok kierowcy, zajął Mayer. Co? Nie... dobrze napisałem... Mayer, nie major. Nikt nie dał by się zmusić na jazdę obok Forwarda, oprócz świeżo upieczonego szeregowca. Takim był Mayer. Dobry żołnierz, chociaż żółtodziób. Bardzo się starał i sumiennie wykonywał powierzone mu zadania. Wykonywał nawet te najbardziej absurdalne rozkazy – dlatego właśnie to on siedział z przodu. Reszta załogi zajęła miejsce z tyłu na pace. Medycy poszli od razu spać. Było ich dwoje. Fear był dość wykwalifikowany jak na polowego sanitariusza. Wszystkiego w sumie nauczył się na polu walki jako młody chłopak, ale był inteligentnym człowiekiem i naprawdę dobrze radził sobie z leczeniem. Poza talentem do uczenia się, miał również talent do uczenia innych. Całą zdobytą wiedzę przekazał swojej młodszej siostrze, która podobnie jak on, również była bardzo inteligentna. Była też piękna, co wielu zdołało zauważyć. Oczywiście większość z nich robiła to w nie najuprzejmiejszy sposób. Pechowcom przyszło zrobić to w obecności jej starszego brata. Potem ślad o nich ginął. Dziewczyna zyskała sobie pseudonim Destroy, z racji tego jak szły jej początki nauki medycyny i pierwsze zabiegi. Wszyscy jednak ich lubią i nie boją się powierzyć im swojego zdrowia. W tym oddziale nikt nie patrzył spode łba na dwójkę ludzi, którzy śpią oparci o siebie, mimo iż nie są małżeństwem. Poza Fearem i Destroy, w których wypadku to jest wytłumaczalne, do woli korzystali z tego Jefferson i Weber. Może są parą homoseksualną, ale lepszych saperów od nich nie znajdziesz w całym Nowym Yorku. Nie tak szybko dwóch na raz. W oddziale były jeszcze trzy osoby. Zwiadowca Jedynka, grenadier Bowl i kaemista Gnat. Jedynka to typowy idź-zobacz-wróć. No... może jedno tylko wybija go spośród setek innych idź-zobacz-wróciów na świecie. Ma to do siebie, że szybko biega. Nie nosi nigdy zresztą przy sobie nic ciężkiego. Jest także pierwszą osobą, która proponuje majorowi odwrót i za każdym razem propozycję argumentuje tak samo - on to widział i to było straszne. Oto przykład: „ Ja widziałem na własne oczy tego niedźwiedzia, panie majorze. Był wielki i obrzydliwy. Co z tego, że pluszowy, ale naprawdę straszny, aż mi ciarki przeszły po plecach – lepiej go omińmy ”. Major jednak zdążył go polubić. Ba... Nauczył się go nawet rozumieć. Rozszyfrował już, że np. „przerażający” znaczy „taki jak wszystkie inne”, a „lepiej go omińmy” znaczy „nie chce mi się iść na zwiad”. Gdybym miał opisać Bowla w dwóch słowach, to brzmiałoby to mniej więcej tak: „wielki idiota”. Zaraz po słowach „idiota” i „wielki” pasuje do niego słowo „biedny”. Jest to typowy przykład błędnego dopasowania osobowości do ciała. Olbrzym o gołębim sercu. W temacie Gnata można powiedzieć tyle, że jest spokojny i opanowany, dopóki nie padnie rozkaz by strzelać. Potem możesz do niego mówić, a on nie zareaguje, aż nie skończy się amunicja. Potem masz kilkadziesiąt sekund, bo gdy one upłyną Gnat zdąży zmienić taśmę z pociskami i znowu odurzy się narkotyzująco przyjemnymi wstrząsami kolby, łechcącymi nierównomiernie jego ciało. Cała ta husaria miała za zadanie naprawiać świat... Aż strach pomyśleć...

Już się ściemniało, widoczność słabła, wiec jechali naprawdę powoli. Przemierzyli już spory kawałek pustyni. Co chwilę mijali małe, drewniane, spróchniałe domki – takie jak ich baraki. Nie różniły się od siebie praktycznie niczym, a jednak wszyscy czuli w sercu coś naprawdę dziwnego. Kochali właśnie te, w których przyszło im mieszkać przez ostatnich parę lat. Każdy rozważał w myślach co z ich ukochanymi kwaterami robią przydzieleni do pilnowania rekruci. Fear już nie spał, nie ruszał się jednak w ogóle, by nie obudzić swojej siostry. Siedziała obok oparta o niego plecami, głowę spuściwszy na jego bark. On obejmował ją ręką. W nieco bardziej skomplikowanej pozycji znajdowali się saperzy. Forward nucił po cichu „Killers” Motorheada. Gnat na przemian poprawiał bandamę na głowie i polerował swoje M-60. Chusta była w rzeczywistości kawałkiem irlandzkiej flagi. Gnat dostał ją kiedyś od ojca, żeglarza. Jedynka, wesoły jak zawsze, ochoczo zajadał szpinak z puszki – na zimno kluczem francuskim. Był chyba jedyną osobą, która w tym oddziale jeszcze lubiła szpinak. Mayer usiłował nauczyć się kierować pilnie skanując i zapisując w pamięci każdy ruch swojego sąsiada. Bowl trzymał w ręku zeszyt i coś w nim notował. Major ze względu na brak czegokolwiek innego do roboty postanowił nawiązać rozmowę z szeregowym. Siedział najbliżej niego. Wiedział, że Fear nie będzie chciał rozmawiać, by nie obudzić siostry. Jedynka z Gnatem zaś również pokładł się spać. Oddzielnie, co wprowadzało jakieś urozmaicenie w szeregach oddziału majora Wreighta.
-Bowl. Co to jest?
-Mój pamiętnik, panie majorze.
Major wziął zeszyt do ręki i zaczął czytać. „...kochany pamiętniczku...” Więcej nie trzeba było. Po tych dwóch słowach major miał już dość.
-„Kochany pamiętniczku...” Jezusie Chrystusie Panie na niebie i ziemi, Ojcze nas wszystkich, aniele Gabrielu, obrońco i przewodniku mój...– wyrecytował jednym tchem załamany dowódca.
-Bowl! Wy macie dwadzieścia cztery lata, żołnierzu!!! Po co ci taka wielka głowa, skoro twój mózg można by zmieścić w manierce?
-Mama kazała zapisywać wszystko, bo gdy wrócę do domu, to wszystko jej opowiem.
„WYRZUĆCIE TO SZAJSTWO W OGNISKO SZEREGOWY!!! TO JEST PIERDOLONA ARMIA, KTÓRĄ PRÓBUJEMY ODBUDOWAĆ NA WZÓR TEJ SPRZED PIERDOLONEJ WOJNY!!!”– major dodał swój motywujący wpis na ostatniej stronie, by nie obudzić reszty oddziału krzycząc. Zdawał sobie sprawę, że w dużej mierze od tego jak wypoczną zależy powodzenie misji. Bowl przeczytał, ale widocznie nie zgadzał się z rozkazem. Major zastanowił się chwilę, zaciągnął się jeszcze raz cygarem, po czym zdecydowanym ruchem wyrwał podwładnemu zeszyt i podając Mayerowi rozkazał wsadzić do puszki po szpinaku i rzucić gdzieś daleko. Mayer bez zastanowienia odebrał zeszyt, potem puszkę, wsadził jedno w drugie, a następnie rzucił stosunkowo mocno i daleko. Rozległ się nagły wybuch. Wszyscy drgnęli, w jednej chwili nikt już nie spał. Kierowca bez wahania zatrzymał pojazd. Jefferson i Weber naraz stwierdzili - Pole minowe.
-No to już sobie pojechaliśmy tą drogą. Nie pozostaje nam nic innego jak poszukać innej. – Powiedział, zachowując spokój major.
-A może wrócimy? To wygląda niebezpiecznie... – zaproponował Jedynka.
-Szeregowy, wiecie że to było pytanie retoryczne?
-Co to takiego, panie majorze, pytanie retoryczne?
-Że nie ma mowy, się znaczy... – major zmartwił nie tylko zwiadowcę, ale wszystkich członków zmęczonego oddziału.
-Zawrócimy i pojedziemy do baru „Polanka”, który jest niedaleko. Tam ja poszukam kogoś, kto zna inną drogę do Rightway, a wy wypoczniecie. – oznajmił dowódca, po czym skinął na kierowcę.

„Polanka” nie była piękna. Nazwa w ogóle nie odzwierciedlała lokalu. Był to obskurny, stary dom zbudowany z desek. O dziwo nie wymagał zbyt wielkiej naprawy. Pewnie podczas wojny znalazł się daleko od bombardowań. Możliwe, że znajdował się dość blisko linii frontu wojsk pieszych, gdyż tu i ówdzie widać jeszcze było ślady po seriach z ciężkich karabinów. Jednak jak na dzisiejsze czasy „Polanka” była wręcz pięciogwiazdkowa. Właścicielem baru był Bartalomeo Mannino. Mówił z włoskim akcentem, choć nigdy nie był we Włoszech. Wychował się tutaj – w syfie. Wpojono mu podstawowe zasady względnej kultury i dlatego zapragnął stać się dobrym człowiekiem. W środku, poza właścicielem, było jeszcze kilka osób. Gości zabawiał grajek i jego pies. Można było wywnioskować, że gitarzysta jest niewidomy, gdyż w kącie obok jego stolika stał długi kij zanurzony kiedyś w białej farbie. Człowiek grał na gitarze perfekcyjnie – na wyczucie... Nie widział gryfu, nie widział strun. Mimo wszystko szło mu bardzo dobrze. Jego pies siedząc obok czasami wstawał z miejsca i robił różne zabawne rzeczy. Stawał na tylnich łapach, albo ganiał swój ogon. Ludzie zwracali się do niego Jaskra. Saperzy usiedli niedaleko i przysłuchiwali się z zaciekawieniem. W przeciwległym kącie knajpy, na stole leżał wielki mężczyzna, cały we krwi. Widać było, że niedawno się z kimś bił. Twarz miał w siniakach. Opatrywał go jakiś poczciwie wyglądający staruszek.
-Widzisz Krajzega? Nie jest tak źle... Jeśli teraz sobie odpuścisz, to za kilka tygodni będziesz zdrowy.
-A co z moją ręką?
-Jest co najwyżej obita moim zdaniem. Już niedługo wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Jednak nadal na nią uważaj.
Fear od razu podszedł i zaofiarował pomoc. Był bardzo zmęczony, ale wiedział, że ten wielkolud go potrzebuje.
-Witajcie. Jestem polowym sanitariuszem, nazywają mnie Fear. Widzę, że nie jest dobrze. Może potrzebujecie pomocy?
-Nazywam się Stefan. Próbuję go opatrzyć. To jest Krajzega. Jest mistrzem Konferencji Pustynnej w walkach z użyciem broni prostej. Właśnie niedawno skończył walkę. Obronił tytuł, ale wiele go to kosztowało. Teraz już zostały tylko siniaki, krwotok zatrzymałem.
-Ma złamaną rękę.
-Co?
-Jego lewa ręka – jest złamana...
-Jak to? Skąd takie przypuszczenie?
-Nóż przy pasie ma po lewej stronie, więc jest praworęczny. Używa prawej ręki, więc mniej rusza lewą – dlatego jeszcze nie zdaje sobie sprawy ze złamania. Padający na przedramię cień kciuka załamuje się u początku nadgarstka, a nie pod naturalnym kątem do ścięgna. Trzymając rękę pod takim kątem cień powinien wyglądać inaczej. Albo ma nienaturalny kształt kości, albo ręka jest złamana.
-Zadziwiające – odpowiedział staruszek pełen podziwu.
-A jednak – odpowiedział na to skromnie medyk i bezzwłocznie zabrał się za swoją robotę.
Destroy chciała pomóc bratu, ale ten poradził jej odpoczywać. Czuwał nad nią Gnat. Lubił ją. Naprawdę ją lubił. Ona też go lubiła. To nie była miłość, tylko zwyczajna, czysta, niewinna przyjaźń. Destroy wiedziała, że gdy zaśnie obok Gnata, to nie musi się niczego obawiać. Był trochę jak św. Mikołaj – wielki, sympatyczny, nieco otyły i śmierdział. Wokół niego rozpościerała się swoista aura pozytywnej energii. Forward dostał czas na wyspanie się, by znowu nie wjechać w środek pola minowego. Mayer z Bowlem zostali wyznaczeni do pilnowania ciężarówki. Kierowca zaś zamiast odpoczywać negocjował z jakimś młodym chłopakiem warunki pozyskania radia i płyty Acceptu. W sumie była na tyle porysowana, że sprawnie od początku do końca działała tylko jedna piosenka, ale i tak towar był wart zachodu. Negocjacje zakończyły się na tym, że w zamian za radio, baterie i płytę chłopak nie zostanie uderzony w twarz kołpakiem. Tych zaś Forwardowi nie brakowało. To była w sumie jedna z nielicznych części samochodowych jakie jeszcze można było kolekcjonować. Na swojej kwaterze, dzielonej z Gnatem, miał koło pięćdziesięciu. A przy sobie zawsze woził jeden na szczęście. To był jego ulubiony. Może dlatego, że widniał na nim całkiem dobrze jeszcze rozpoznawalny znak FIATA, a może dlatego, że ktoś kiedyś wypisał na nim słowo MALUCH, zupełnie nie wiadomo dlaczego... Jedynka zjadłszy już wszystkie batoniki proteinowe, jakie do sprzedania miał tutejszy handlarz, zabrał wycieraczkę sprzed drzwi lokalu i wykorzystał ją jako kołdrę kładąc się spać w samochodzie. Major po krótkiej wymianie zdań z barmanem zbliżył się nieco do tajemniczo wyglądającego mężczyzny zajmującego miejsce w najciemniejszym kącie baru. Po chwili zastanowienia nawiązał rozmowę.
-Podobno znasz jakąś drogę przez pole minowe do Rightway? – zaczął bez zabawy w uprzejmości.
-To prawda – odpowiedział chłodno mężczyzna. Ubrany był na szaro. Obok niego stał oparty o ścianę karabin, z połówką lornetki przymocowaną na kawałek drutu i taśmę klejącą. Normalnie wygląda to śmiesznie, ale świadczy tylko o zaradności konstruktora. -Powiesz mi jak tam dojechać?
-Nie za dobrze umiem wytłumaczyć, brak jakiegoś punktu odniesienia – wszędzie wokoło taka sama pustynia. Ale właśnie wybieram się do Rightway. Proponuję uczciwy układ. Mi się nie chce iść na piechotę, a wy nie wiecie, gdzie macie jechać. Jestem skłonny zaufać wam i pojechać razem z wami waszą ciężarówką. Zatrzymuję się tam zresztą na kilka dni.
-W jakiej sprawie?
-Nie musisz tego wiedzieć.
-Aha... takiś rozmowny... Posłuchaj mnie uważnie... Jestem majorem, zawodowym żołnierzem. Widzisz tego wielkiego chłopa z M-60 na ramieniu? A tego medyka, który rusza rękami szybciej niż ty oczami? A tych dwóch koło grajka? A tego w glanach, co wygląda jak szatan? No, to mam złą wiadomość... My jesteśmy w środku, a na zewnątrz jest jeszcze trzech... Nie uciekniesz. Twój karabin jest jednostrzałowy, jak widzę i lekko zardzewiały – nie masz pewności, czy się nie zatnie przy szybkim wyrzucaniu łuski, to taka typowa wada zamków ślizgowo obrotowych. Raczej też nie możesz liczyć na powodzenie w walce wręcz. Znajdziemy jakieś wyjście?
-Zabijam za pieniądze. Mój kolejny cel podobno był w Rightway. Teraz wybieram się, by szukać śladów. Mam pozwolenie na broń, jako ochroniarz z wykształcenia. Karabin nie jest kradziony – znalazłem go. Nie udowodnicie mi, że kogokolwiek zabiłem do tej pory. To słyszałeś tylko ty. Jestem wolnym człowiekiem...
-Wiesz, że jak pociągnę za spust, to będziesz mógł się z powodzeniem przyłączyć do Jaskry? - zaskoczony mężczyzna gwałtownie odwrócił się i zobaczył za sobą Feara celującego jednym Desert Eaglem w jego serce, a drugim pomiędzy nogi. Fear zawsze wiedział, kiedy i gdzie się znaleźć. Major nie wymieniłby go na żadnego innego medyka.
-Co jeszcze chcecie wiedzieć? - odpowiedział z drganiem w głosie spoglądając to na jeden, to na drugi pistolet powstrzymując myśli o tym co by było, gdyby przypadkiem strzelił...
-Na początek przydało by się znać imię. - odpowiedział pewniejszy siebie major.
-Zwą mnie Longin the Eye.
-Słuchaj, Longin. Nie obchodzi mnie jaki jest twój sposób na przeżycie. Obiecuję ci, że nikt spoza mojego oddziału nie dowie się o tobie niczego za naszą sprawą. Nie chce też, być nieuczciwym wobec ciebie. Jeśli pojedziesz z nami dobrowolnie, po czym pozostaniesz na miejscu tak długo, jak wymagać tego będzie nasze zadanie i na koniec z powrotem nas tu przywiedziesz, to zostaniesz nagrodzony. Nie będzie to nic wielkiego, nie. Ale warte zachodu. - Mężczyzna przez chwilę się zastanawiał. Spojrzał jeszcze raz na medyka, który od kilku minut cały czas tak jakby znajdował się w jednej, niezmiennej pozycji i w ogóle nie poruszał. Nawet by oddychać. Następnie spojrzał majorowi w oczy, tam jednak nie znalazł nic poza spokojem.
-Ale jest pewien problem. Ta droga jest przeznaczona dla ludzi idących piechotą. Jedzie się normalnie, tak jak by nie było tego pola minowego, ale potem trzeba wyjść z samochodu i przebyć jedną czwartą jej długości wąską ścieżką pomiędzy minami i lejami po wybuchu min. Ja umiem przejść tak, by nie spowodować wybuchu. Tylko nieliczni znają tę drogę. Tutaj jestem jedyny, dlatego mnie nie zabijecie. - Po tym jak skończył i chciał spojrzeć na medyka, spostrzegł, że teraz obydwa pistolety celują pomiędzy jego nogi.
-Słusznie. Bez jaj możesz wskazywać drogę. - teraz mężczyzna już nie wiedział naprawdę co ma powiedzieć. Jedyne co mu pozostało, to poddać się i posłusznie tańczyć jak grają.
-Tak więc... Czy zechciałbyś zaprowadzić tam części mojego oddziału, a potem zaczekać, aż skończą i odprowadzić z powrotem? Jeśli dobrze się spiszesz, to dostaniesz w zamian karabin snajperski. Profesjonalny, a nie jakieś gówno domowej konstrukcji.
-A mam wybór?
-Tak, możesz nie przyjąć zapłaty.
-Czyli nie mam wyboru. Zgadzam się. Ale wyruszamy jak najszybciej i zastrzegam sobie prawo do szukania śladów mojej ofiary w czasie, gdy wy będziecie robić swoje.
-Niech będzie. Ale jeśli zobaczę, że coś kombinujesz, to twojej DUPY NIE URATUJĄ NAWET TYTANOWE BOKSERKI Z AZBESTOWYMI GUZIKAMI POWLEKANE KEWLAREM!!! - kulturalnie zakończył konwersację major.

Wyruszyli po niecałej godzinie. Wreight też chciał skończyć swoje jak najszybciej i wrócić do domu. Uwzględniając przedwojenny podział administracyjny, to przejechali już pół stanu i poza tym nie zrobili nic innego. Przed opuszczeniem „Polanki”, Fear zdążył jeszcze porozmawiać trochę ze staruszkiem. Gdy usiedli przy stoliku, Fear zaproponował coś do picia. Jedynym podawanym trunkiem w tym barze była „Kopiąca Syrenka”. Stefan jednak odmówił stanowczo.
-Nawet tego nie próbuj.
-Dlaczego?
-Nikt nie zna składu tego szajstwa, ale nikt też nie chciał by go znać... Może biolodzy, szukający materiałów na nową bombę biologiczną. Pokażę ci coś. Wsadź na chwilę butelkę pod bluzkę. Zobaczysz jak fosforyzuje. – powiedział staruszek z uśmiechem na twarzy, a jego twarz stała się nagle jakby zamyślona. W dalszej części rozmowy Fear wytłumaczył mu podstawy medycyny prędkiej – wykorzystywanej na polu walki, potrzebującej małej ilości czasu i tak szybkiej, jak trafnej diagnozy. Fear naprawdę polubił staruszka. Umówili się nawet, że jeszcze kiedyś się spotkają i sanitariusz nauczy go dużo więcej, oraz przedstawi siostrę. Tymczasem rozstali się, pozostając przyjaciółmi.
Podczas drogi oczywiście dość duża część oddziału spała. Jak zwykle niecierpliwy Jedynka nie mogąc znieść nudzącej ciszy postanowił nawiązać rozmowę.
-Te... przewodnik... A co to za armatę taszczysz tak ze sobą?
-To był kiedyś karabin mojego dziadka. Potem miał go mój ojciec. Wszyscy z nich byli snajperami. I tak pewnego dnia, podczas wojny, mój dziadek, Mike the Eye, z tego karabinu broniąc barykady antyczołgowej przed rozwścieczonym tłumem jednym pociskiem przestrzelił trzech łysych dresiarzy. Taki strzał wymagał nie lada umiejętności. Trafić trzy osoby pod żebro, w serce, tak, by pocisk nie zahaczył ani o kręgosłup, ani o łopatki... Gdy dziadek Mike umierał oddał karabin mojemu ojcu. Broń już wtedy była stara. Mocowanie lunety było zardzewiałe i któregoś dnia odpadła cała, a soczewki przemieściły się tak, że mogła służyć co najwyżej jako lupa. Ojciec naprawił ją w widoczny sposób i sam któregoś dnia dokonał wielkiego czynu. Trzy razy pod rząd trafił przeciwnika prosto w głowę. Gdy umierał, obiecałem mu, że nie dam rodzinnej tradycji zaginąć pośród trudów tego świata i również dokonam czegoś wielkiego. Ponieważ trudno dzisiaj znaleźć się w sytuacji podobnej do sytuacji moich przodków, postanowiłem zabić pięć osób pod rząd jednym jedynym strzałem w głowę, jednakże z odstępem czasowym, by było to wykonalne. Została mi jedna... - skończył opowieść. Znów zapadła cisza. Nikt nic nie mówił. Jedynka zamyślił się. Cisza zaczęła przeszkadzać z kolei Longinowi, mimo iż dopiero co skończył mówić. Zauważył nagle, że uroczo wyglądająca, młoda sanitariuszka już nie śpi. Po chwili namysłu dodał.
-Szczęściarze z was. Taka laska was opatruje. Ja na waszym miejscu sam zadawałbym sobie rany. - powiedział ze złośliwym uśmiechem na twarzy. W tej samej chwili usłyszał wystrzał i spostrzegł, że w jego spodniach, w miejscu, gdzie łączą się nogawki widnieje świeża dziura po pocisku. Gdy jego mózg już przetworzył informację zarejestrowaną przez oko, jakby w tym samym momencie zauważył, że ręka małomównego faceta, o którego opiera się dziewczyna, już zdążyła się cofnąć od kabury na poprzednie miejsce – ramię sanitariuszki. Dopowiedział sobie szybko, że to właśnie ten człowiek próbował pozbawić go męskości.
-Zwariowałeś!? Dwa centymetry wyżej, a mówiłbym to teraz cienkim głosem! Dobrze, że nie trafiłeś.
-Trafił. On zawsze trafia. Po prostu chciał trafić właśnie tam. - wytłumaczył mu Gnat poprawiając bandamę na głowie.
-Idiota... I on ma bronić obywateli? Słuchaj dziecinko, zostaw go i chodź ze mną... - Nie zaczął nawet argumentacji, a powyżej poprzedniej dziury po pocisku pojawiła się nowa. Centymetr wyżej. I tym razem jego oko nie zarejestrowało pełnego ruchu ręki Feara, a jedynie jej powrót na ramię dziewczyny. Ten zaś nie był gwałtowny, a powolny i spokojny.
-A ona nie może go zostawić, bo są rodzeństwem. - ponownie wytłumaczył kaemista widząc, że Destroy nie zamierza rozmawiać z chamem. Na tym skończyła się rozmowa. Nikt już nie chciał nic powiedzieć. Dość długo trwała cisza. Wszyscy zdążyli się już rozbudzić na dobre po wypoczynku podczas postoju w „Polance”.
-Cholera!!! Zapomniałem!!! - wydarł się niespodziewanie Forward głosem godnym kanara, bądź ciecia, gdy ktoś robi to, czego nie powinien na ich terenie.
-Zapomniałem o moim skarbie! - powiedział, po czym przycisnął kolana do kierownicy, by zwolnić na chwilę ręce. Tymi zaś sięgnął do skrzynki pod nogami Mayera. Już po chwili w ciężarówce rozbrzmiewała muzyka. Faktycznie, większość utworów się zacinała. Forward jednak się nie poddawał i cierpliwie przeskakiwał na kolejny z nich. W pewnym momencie rozbrzmiało głośne „Eureka”, a kierowca zadowolony z siebie, popadając w odurzający trans machania głową we wszystkie strony z powrotem chwycił kierownicę rękami. Oddział, przyzwyczajony do takich sytuacji, nie zareagował. Snajper odetchnął z ulgą. Mimo iż nikt nie znał się tutaj naprawdę na muzyce, to jednak dobrze było posłuchać czegoś rytmicznego po tak długim czasie.
-Kryć głowy! Ostatni refren! - wrzasnął w pewnym momencie Gnat, po czym pochylił się, umieścił głowę pomiędzy kolanami i zabezpieczając ją z góry rękami. W ślad za nim zrobili to pozostali członkowie oddziału. I dobrze zrobili. Po krótkiej chwili kierowca całkowicie zapomniał o bożym świecie i pochwyciwszy klucz i śrubokręt ze skrzynki z narzędziami zaczął grać na wyimaginowanej perkusji rycząc przy tym „Midnight! And I cruise along the highway! Midnight! And I know I'm on the highway!”. Forward jest nieprzewidywalny. Nawet przeznaczenie do ostatnich chwil nie wiedziało, że i tym razem wszystko skończy się dobrze.

W sumie snajper zbyt wiele nie zrobił. Doprowadził ich do miejsca, w którym wykryli minę. Potem wskazał leje po wybuchach i wytłumaczył, że blisko nich min nie ma. Inaczej wybuchłyby przy detonacji poprzednich. Zwrócił też uwagę, że nadal jednak trzeba bardzo uważać. Bowiem oprócz min, znajdują się tam również pułapki skonstruowane domowym sposobem z granatu i żyłki wędkarskiej.
-Tutaj musimy porzucić ciężarówkę. Dalej już nią nie przejedziemy. - odkrywczo stwierdził przewodnik. Majorowi było jednak szkoda stracić środek transportu. Z drugiej strony do wykonania zadania byli potrzebni tylko saperzy. Skoro nikt inny nie umie się tam dostać, a nie licząc przejezdnego baru „Polanka” najbliższa cywilizacja znajduje się w Nowym Yorku, to nie potrzeba nawet dawać nikogo do obstawy.
-Żołnierze! Dowództwo stwierdziło w oparciu o siły wywiadowcze, że cały ratusz jest całkowicie zaminowany. Z tego co pamiętam ratusze z Deathwater i Clintonwood były prawie takie same. Sądzę, że ten też będzie względnie podobny. Wydaje mi się, że to wielki budynek, z dużą liczbą pokoi. Zbudowany symetrycznie...
-Co to znaczy? - przerwał Bowl.
-Że jak narysujesz połowę na kartce i złożysz, a potem wytniesz, to będziesz miał cały budynek. Jak wrócimy do baraków, to weźmiemy kartkę, kredkę i wytnę ci taki ładny, symetryczny ratusz. - powiedział major. W gruncie rzeczy czuł się odpowiedzialny za swoich podwładnych. Młodszych z nich starał się wychowywać, głupszych z nich uczyć, a potrzebującymi opiekować. Nie przeszkadzało mu to jednak w wykonywaniu zadań poleconych przez dowództwo. Byli jak rodzina, ale nie taka z ojca matki i dzieci... raczej jak rodzina mafijna. Opierała się nie na wzajemnej miłości, a na racjonalnym podejściu do wspólnych potrzeb i możliwości.
-Na rozminowanie tak wielkiego budynku potrzeba z tydzień. Nie ma sensu, żebyśmy tu wszyscy zostawali. Jefferson i Weber pójdą razem z Longinem, a my wrócimy do naszych kochanych baraków. Gdy skończycie, Longin doprowadzi was tutaj, a stąd już bezproblemowo traficie do domu. Jeśli przewodnik spisze się dobrze dacie mu to. - oświadczył major, po czym przekazał Weberowi Dragunova z lunetą. Karabin miał swoje lata, ale działał dobrze. Był radzieckiej konstrukcji, co świadczy o dużej odporności i profesjonalizmie wykonania.
-Znaczy się musimy wracać na piechotę? Ale...
-Wspaniale! - przerwał koledze Weber.
-Ale...
-Zgadzamy się! Już wychodzimy z ciężarówki, już bierzemy sprzęt, szybko wracajcie do domu, nie oglądajcie się za siebie, już nas nie ma, trafimy z pewnością... - ochoczo głosił Weber.
Po kilku minutach obydwaj saperzy szli już śladami przewodnika pomiędzy ogromnymi bruzdami w ziemi.
-Ej, Weber... Dlaczego mamy wracać na piechotę?
-Bo nie mamy ograniczeń czasowych. Możemy być sami, rozumiesz? Całkiem sami tutaj... Sam słyszałeś „ najbliższa cywilizacja znajduje się w Nowym Yorku”...
-Aaaa... To zmienia postać rzeczy - odpowiedział Jefferson uśmiechając się psychopatycznie.
-Jest jeszcze jedna rzecz.
-Mianowicie?
-Ratusz nie jest wcale zaminowany. On jest po prostu zbudowany na fundamentach banku – metalowe piwnice. Wykrywacze metalu zaszalały, więc dowództwo uznało odczyt za miny, a to nieprawda... Pochodzę z niedalekich okolic, miałem babcię w Rightway. Wiem co i jak. Ratusza nie zaminowali, bo jako metalowy budynek był wspaniałą twierdzą. Gdy byli w niej jedni, to oni jej bronili, a gdy przyszli drudzy, to drudzy jej bronili. Nikt nie chciał jej wysadzić, albo zaminować. Bez przerwy była w użytku. Oczywiście też ciągle ją naprawiano, dlatego też przyciągnęła uwagę dowództwa.
-Teraz już rozumiem. Czyli mamy czas dla siebie. Bardzo dużo czasu dla siebie. Naprawdę bardzo dużo czasu dla siebie... i dla... - Jefferson ściszył głos.
-Podoba ci się?
-A tobie?
-Nie tak bardzo jak ty, ale ma fajny tyłek... Jak na snajpera...
Longin szedł w zamyśleniu i nie za bardzo zwracał uwagę na to, o czym rozmawiają ze sobą saperzy. Szedł czujnie i szukał śladów swojej ofiary. Do tego ciągle przychodziły mu do głowy myśli o nowej broni.
-Jesteśmy na miejscu. Tutaj już nie ma min. Nie wiem, co wy chcecie tutaj jeszcze rozbrajać... Jedyne co jest tutaj do rozbrojenia to pułapka z granatu i żyłki w wejściu do Ratuszu. Załatwcie to szybko i wracamy... Znaczy wy wracacie, ja mam jeszcze coś do załatwienia. Przydałaby mi się do tego oczywiście ta broń, co ją miałem w nagrodę dostać.
-O tak! Broń zaraz jak najbardziej dostaniesz. Ale tamta będzie twardsza i dłuższa...

Po niecałym tygodniu Jefferson i Weber stawili się w jednostce. Przywieźli ze sobą jeden granat zaczepny i półtora metra żyłki wędkarskiej. Wspominali coś, o długiej i mozolnej pracy dzień i noc, bez przerwy. Wspominali też, że zadanie przerosło ich przewodnika, o którym potem już nigdy nikt nie słyszał...

Część II - Kanion Wypukły


Paprotek.
komentarz[24] |

Komentarze do "Szwadron Śmierdzi (I)"



Musisz być zalogowany aby móc oceniać.
© 2000-2007 Elixir. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Designed by Corwin Visual
Engine by Khazis Khull based on jPortal
Polecamy: przeglądarke Firefox. wlepa.pl

Wykryto nieautoryzowany dostęp!!!

   PATRONUJEMY

   WSPÓŁPRACA

   Sonda
   Czy interesują cię raporty z sesji NS?
Tak!
Nie.
A co to?
Musisz być zalogowany aby móc głosować.

   Top 10
   Pasożyty
   Hibernatus (....
   Yakuza
   FATEout
   Legia Cudzozi...
   Pistolet Maka...
   Łowca - dzień...
   Neuroshimowe ...
   Śpiąca Królew...
   Bo kto umarł,...

   Statystyki
userzy w serwisie:
gości w serwisie: 0

   ShoutBox
Strona wygenerowana w 0.029476 sek. pg: