..:: ELIXIR | Gry Fabularne(RPG) | Gry Komputerowe(cRPG) | Fantastyka | Forum | Twoje Menu Ustawienia
    ORBITAL MENU
    » Neuroshima
    » Świat
    » Bohater
    » Rozrywka
    POLECAMY

     SZUKAJ
    » Mapa serwisu
>NASZE STRONY
 MAIN
:: Strona Główna
:: Forum
:: Chat
:: Blogi

 GRY FABULARNE
:: Almanach RPG
:: Neuroshima
:: Hard HEX
:: Monastyr
:: Warhammer
:: Wampir
:: D&D
:: Cyberpunk2020
:: Earthdawn
:: Starwars
:: Arkona

 GRY cRPG
:: NWN
:: Baldurs Gate
:: Torment
:: Morrowind
:: Diablo

 FANTASTYKA
:: Literatura
:: Tolkien
:: Manga & Anime
:: Galeria

 PROJEKTY
:: Elcards
:: Chicago

Na Zboczu



Obserwuję go, jak powoli wspina się w górę zbocza, mozolnie, z wyraźnym bólem, niestrudzenie. Przewraca się i wstaje. Wraz z warstwą śniegu zsuwa się w dół, po czym nadrabia straconą wysokość. Gdyby zrobić mu zdjęcie, można by nazwać je jakoś w stylu "Nowy Syzyf". Mało oryginalna nazwa, ale z braku innej możliwości mogę uznać, że mi się podoba.

Nie mogę nic zrobić, ale w tej chwili akurat nie jestem ważny. Nie mogę nic zrobić, więc obserwuję go i kalkuluję jego szanse. Nie są za wysokie. Staram się nie pominąć ani jednego czynnika, który mógłby wpłynąć na jego powodzenie lub porażkę. Z tym, że każdy kolejny element, który analizuję, tym bardziej zmniejsza prawdopodobieństwo sukcesu.

Na przykład teren - zbocze nie jest zbyt strome, porośnięte jakimiś karłowatymi krzakami i wysoką trawa, pożółkłą i rosnącą w nierównych kępach. Krzaki dają mu jakieś oparcie i punkty, których może się chwycić. Trawa natomiast zasłania mu często widok, przez co już raz wczołgał się w miejsce, z którego musiał się cofnąć.

Właściwie to żałosne, żeby przedstawiciel dumnego, choć podupadającego już, gatunku Homo Sapiens, nie mógł pokonać takiej górki. Niewielkie nachylenie i wysokość około dwóch pięter. On jest w połowie drogi, właśnie upadł. Poprawka - trzech pięter. Raczej trzech, nie wziąłem poprawki na perspektywę. Śnieg usunął mu się spod nóg, wraz z upadkiem stracił około dwóch metrów, i tak niewiele. Kiedy tak zjeżdżał w dół, rozpaczliwie macając rękoma w poszukiwaniu jakiegokolwiek punktu zaczepienia, ja w pośpiechu analizowałem optymistyczny i pesymistyczny wariant jego zjazdu. Gdyby nie sięgnął do tego zardzewiałego pręta, wystającego z trawy jak jakaś wbita w ziemię włócznia - mógłby wjechać nogami w szczelinę miedzy dwoma kamieniami. Albo by się tam zaklinował, albo złamał nogę, ze wskazaniem na złamanie przy jego prędkości. Po prostu pięknie. Trasę jego zjazdu znaczy teraz szeroki, czarny w panującym półmroku ślad.

Ze stęknięciem obrócił się na brzuch, po czym spróbował wstać. Udało mu się tylko podnieść na klęczki, wspierając się na trzymanym oburącz pręcie. Od pasa odczepiła mu się pusta już kabura po pistolecie - nie zauważyłem nawet, w którym momencie. Teraz leżała na wyciągnięcie ręki, ale nawet na nią nie spojrzał. Ciekawe jak miał na imię?

Chociaż jego imię w sumie też nie jest istotne. Znaczy - dla mnie jest zupełnie bez znaczenia, dla niego i jego znajomych pewnie jest ważne. Czasem mam problemy w analizowaniu problemów z różnych punktów widzenia. W każdym razie, dla mnie jego imię nie znaczy absolutnie nic. Liczy się to, czy wczołga się na szczyt, czy nie. Jeśli mu się uda - uratuje nas obu.

Kolejnym elementem, wpływającym na jego szanse, jest pora dnia i roku. Zapada zmierzch, jest zima. Jak tylko ściemni się całkowicie, przestanie cokolwiek widzieć - szanse na to, że księżyc będzie mu skutecznie oświetlać drogę są jak jeden do pięciu. Niewiele, jak to mówią. Tego też nie rozumiem. Jak można zastępować rzetelne określenia takimi nic nie znaczącymi zwrotami? Tu nie ma w ogóle spójności, dla niektórych niewiele to jeden do trzech, dla niektórych jeden do ośmiu - skąd rozmówca ma wiedzieć, co mam na myśli? Po ciemku będzie musiał jeszcze zwolnić, macając dookoła rękoma, bo na pewno nie ma ze sobą nic do oświetlania drogi - już dawno by to wyciągnął. Wtedy ja będę mógł sobie tu leżeć i analizować kolejne punkty jego trasy, zupełnie nie wiedząc, czy on w ogóle tamtędy pójdzie.

Nadejście nocy wiąże się też ze znacznym obniżeniem temperatury. To jeszcze gorsze niż ciemność, zważywszy na to, że jedną rękawicę zgubił, spodnie ma na lewym udzie potargane, a jego kurtka jest cała mokra od krwi. Musi mu być straszliwie zimno już teraz. Wiem, co mógłby teraz czuć, dokładnie każdy nerw, każde ukłucie mrozu na plecach i bokach, poszarpaną dłoń ocierającą się o ostre krawędzie kamieni, zimny śnieg wpadający do spodni przez rozprutą nogawkę. Dokładnie wiem co mógłby czuć - ale tylko wiem. Bo nie mam do końca pojęcia co to znaczy czuć. Jak to się mówi - "niewiele" o tym wiem. Czyli zupełny brak danych. Czy to, co ja uznaję za odczuwanie zimna jest takie samo u mnie, jak i u niego? Według teorii tak właśnie powinno być. Ja wiem, jak to byłoby czuć coś takiego.

Wspinający się na zbocze mężczyzna odrobił stratę powstałą w wyniku upadku. Długo mu to zajęło, porównuję jego prędkość sprzed zjazdu i po - szanse na dotarcie na szczyt jeszcze się zmniejszają. Lodowaty wiatr targa jego włosami i co chwilę zrywa mu z głowy kaptur. Przez głowę traci się najwięcej ciepła - niezaprzeczalne.

Gdyby dotarł na szczyt, gdyby chociaż udało mu się wystawić rękę ponad krawędź wzniesienia - uratowałby się. Potężny reflektor ze stacji badawczej wyłowiłby z mroku jego pięć pokrwawionych palców, nadgarstek i przedramię. Nic więcej nie potrzeba - wystawić dłoń do łokcia powyżej krawędzi. Gdybym mógł, zaśmiałbym się. Każdy zdrowy człowiek z poczuciem humoru i wyczuciem ironii parsknąłby śmiechem, słysząc, że zbocze, na które można spacerowym krokiem wejść w pół minuty przy dobrej pogodzie, że to zbocze już od ponad dwudziestu minut jest areną desperackich zmagań młodego i zdrowego mężczyzny.

Nie rozumiem ironii. Nie każdą, przynajmniej. Śmieszność, komizm. Tak - potknięcie na skórce od banana, uderzenie tortem w twarz, kopnięcie w krocze, śmieszne rzeczy i te sprawy, rozumiem. Ironia jest dla mnie niepojęta.

Czołga się dalej, a ja analizuję, kalkuluję i myślę. Zimno, ciemność, nachylenie stoku - to nie są problemy tak naprawdę. To, co nie pozwala mężczyźnie normalnie funkcjonować, to ciężka rana postrzałowa w prawym boku. Nie jestem w stanie ocenić, co dokładnie w jego organizmie poszarpał pocisk. Gdyby nie ten postrzał, już dawno grzałby ręce kubkiem ciepłej herbaty w ogrzewanym bunkrze stacji badawczej, żartując ze stacjonującą tam obsługą, może próbowałby flirtować z pielęgniarką, albo wytargować jakieś konserwy od kwatermistrza. Mogę założyć, że ta postać, mozolnie brnąca pod górę po przeciwnej stronie kotliny, w tej chwili myśli dokładnie o tym samym. O cieple, o głosach. Zakładam, że jego największym marzeniem jest teraz zobaczyć swoją rękę w świetle potężnego reflektora-szperacza, zaraz potem usłyszeć pospieszne kroki i okrzyki żołnierzy. Na pewno stara się ignorować pieczenie pocisku gdzieś w trzewiach, fale mrozu wdzierające się pod ubranie i wszechogarniające zmęczenie. Pełznie. Wiem, że on to właśnie teraz czuje - każdy człowiek na jego miejscu czułby to samo. Każdy by mu współczuł.

Ja nie. Wiem, co on czuje, ale empatia jest mi całkiem obca, nie potrafię współczuć, ani dzielić czyichś radości. Mogę obserwować z obojętnością, jak wykrwaw sięia na śmierć tuż przed krawędzią stoku. Mnie nie rusza cierpienie innych, choć wiem, co mogliby czuć. Obojętne mi będzie też jego ewentualne, choć coraz mniej prawdopodobne, zwycięstwo. Lepiej dla mnie byłoby oczywiście gdyby wczołgał się na górę i zwrócił na siebie uwagę personelu, wtedy żołnierze po odratowaniu jego przeszukaliby stok snopami światła ze swoich latarek i znaleźliby mnie. Takie są procedury, zresztą każdy człowiek, kiedy znajdzie coś interesującego, ma w zwyczaju uważnie rozglądać się wokoło.

To w Homo Sapiens dziwne - prawdopodobieństwo dwóch niezwykłych zdarzeń w tym samym miejscu i tej samej chwili, w zależności oczywiście od różnych czynników, oscyluje w granicach jednego procenta i zwykle jest błędem statystycznym. Mimo to ludzie zawsze się rozglądają. To musi być jakiś atawizm, zapoczątkowany ciągłym wypatrywaniem drapieżników. Z każdym głośniejszym trzaskiem czy szelestem przodkowie wyglądali nadchodzącego drapieżnika. Gdyby i tym razem uważnie przepatrzyli teren wokoło - też zostałbym uratowany, mimo, że jeden niespodziewany przybysz na takim odludziu to już coś rzadkiego.

Z zimna coś mi się robi z obwodami odpowiedzialnymi za ciągi przyczynowo- skutkowe. Prawdopodobnie też wilgoć dostała się do środka - ale moje procesy myślowe nikogo nie interesują. Wracając do rozglądania się - zasadzki wcale nie są przeszłością, znalazłszy konającego człowieka na stoku każdy rozejrzałby się, chociażby za jakimś pojazdem, z którego ranny wyszedł, za czymkolwiek. Jakie więc atawizmy? Jeśli on się uratuje - i ja zostanę zauważony i uratowany. Każdy normalny człowiek by się cieszył i z całej siły kibicował czołgającemu się...

Który akurat padł na twarz. Obserwuję go, szukam choćby najmniejszej oznaki ruchu. Wielu danych nie miałem, musiałem zakładać i używać najbardziej prawdopodobnych zmiennych, ale według wszelkich wyliczeń on jeszcze nie powinien się przewracać. Jak bardzo jestem do niego podobny? Fizycznie prawie nie do odróżnienia. Fakt, mam zwiększoną odporność na temperatury, mniejsze zapotrzebowanie energetyczne przy jednoczesnej większej wydajności mięśni, lepiej widzę, słyszę, czuję zapachy. Mogę analizować skomplikowane problemy z dużo większą dokładnością, wiem, co czują ludzie w moim otoczeniu. Ale nie czuję tego, po prostu wiem, na czym dane uczucia polegają. Jestem lepszy, czy nie?

Nie panikuję, mimo, że moje szanse są coraz mniejsze. Wiem, że to od niego zależy moja przyszłość - więc w czym jestem lepszy? Jeśli nie doczołga się na wysokość 368 metrów ponad poziom morza - ja nie będę już nigdy w stanie biegać dwukrotnie szybciej, niż on kiedykolwiek pobiegł. Gdzie tu moja przewaga? Nie rozumiem ironii. Wiem, na czym ona polega, ale jej nie rozumiem. Każdy człowiek rozumie.

Skoro ja jestem od niego zależny, choć on mi jest obojętny, to czy ja, w założeniu lepszy - jednak jestem o wiele gorszy? Z momentem jego śmierci moje szanse na odratowanie także spadną do zera, a moje problemy i dylematy przestaną niedługo cokolwiek znaczyć, przysypane śniegiem. I spędzą pod nim jeszcze kilka długich miesięcy, zanim wiosenne słońce ociepli wszystko na tyle, żeby śnieg stopniał. Wtedy ludzie wyjdą z bunkra i znajdą to, co po nas dwóch zostanie.

Temperatura spada, czuję to wyraźnie i nagłe uderzenie chłodu chyba otrzeźwiło mężczyznę po drugiej stronie. Drgnął, wziął kilka głębokich wdechów - wyraźnie widzę kłęby pary wydobywające się z jego ust i natychmiast porywane przez świszczący wiatr. Już nawet nie jest w stanie iść na kolanach. Mozolnie czołga się w górę stoku, wciągając się rękoma w górę i odpychając nogami. Taka metoda, mimo, że o wiele wolniejsza, zmniejsza wyraźnie prawdopodobieństwo stoczenia się w dół, ale jego prędkość jest za mała. Pełznie jakby ciągnął za sobą olbrzymi ciężar, jestem pewien, że z każdym kolejnym ruchem traci coraz więcej sił. Przed momentem za bardzo uwierzył w korzenie rachitycznego krzewu, po którym próbował podciągnąć się w górę, roślinka wyszła z ziemi, mnóstwo zmarzniętych grudek śniegu, kamieni i gleby potoczyło się w dół. Mężczyzna odrzucił krzew na bok, prawie że z niesmakiem. Czołga się dalej, mimo krwi cieknącej mu z boku. Prawdopodobnie stara się ją ignorować - to jak ignorowanie czystej energii przeciekającej bezproduktywnie przez palce. Ludzie muszą odczuwać niesamowite rzeczy, kiedy krwawią. Teraz rozumiem, dlaczego tak wiele ich legend wiąże się z krwią. Wampiry, wilkołaki, krew dziewic, krew niewinnych, dziedziczenie przez krew, pokrewieństwo. Pojawienie się chorób, przenoszonych właśnie poprzez krew, musiało być dla rodzaju ludzkiego nie lada ciosem.

Gdybym był hazardzistą, nie postawiłbym nic na jego zwycięstwo. Mężczyzna krwawi jak zarzynana świnia, według moich obliczeń jeśli nie mają w stacji urządzenia do transfuzji i nowej technologii medycznej - nawet jeśli uda mu się zwrócić na siebie uwagę stacji - wykrwawi się na śmierć. Gdybym był hazardzistą, opierającym się tylko na prawdopodobieństwie, cyfrach i tabelkach - nawet nie myślałbym o stawianiu na niego.

Ale mimo, że nie jestem człowiekiem, że czuję się lepszy. Mimo, że jego szanse są zbyt nikłe, żeby brać je pod uwagę. Mimo, że traci za dużo tego życiodajnego płynu. Mimo, że nawet nie wiem, kim jest i jak bardzo jest zdecydowany - mimo to mężczyzna czołga się dalej. A ja, mimo, że nie znam prawdziwych uczuć - zaczynam rozumieć, co znaczy wierzyć w kogoś. I bez mojego udziału - moje istnienie już zostało postawione w zakładzie, który rozstrzygnie niesamowity wysiłek tego jednego rannego człowieka.

Pozostaje mi patrzeć.


RaeptaeR.
komentarz[7] |

Komentarze do "Na Zboczu"



Musisz być zalogowany aby móc oceniać.
© 2000-2007 Elixir. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Designed by Corwin Visual
Engine by Khazis Khull based on jPortal
Polecamy: przeglądarke Firefox. wlepa.pl

Wykryto nieautoryzowany dostęp!!!

   PATRONUJEMY

   WSPÓŁPRACA

   Sonda
   Czy interesują cię raporty z sesji NS?
Tak!
Nie.
A co to?
Musisz być zalogowany aby móc głosować.

   Top 10
   Pasożyty
   Hibernatus (....
   Yakuza
   FATEout
   Legia Cudzozi...
   Pistolet Maka...
   Łowca - dzień...
   Neuroshimowe ...
   Śpiąca Królew...
   Bo kto umarł,...

   Statystyki
userzy w serwisie:
gości w serwisie: 0

   ShoutBox
Strona wygenerowana w 0.069405 sek. pg: